A A+ A++

fot.domena publiczna Ciało Zbyszka Godlewskiego niesione przez demonstrantów podczas masakry na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku

Czarny czwartek – jeden z najtragiczniejszych dni w epoce PRL. Równo 50 lat temu politycy, którzy rządzili w imię robotników, kazali żołnierzom strzelać do ludzi idących do pracy.

Protesty przeciw podwyżkom cen żywności trwały na Wybrzeżu już kilkadziesiąt godzin, gdy wicepremier Stanisław Kociołek wieczorem 16 grudnia wezwał na wizji robotników, by wrócili do pracy. Kończąc swój apel, mówił: „Jeszcze raz ponawiam, stoczniowcy, adresowane do was wezwanie – przystąpcie do normalnej pracy! Są do tego warunki, jest to także potrzebne, by już wkrótce móc w spokoju świętować i witać Nowy Rok”.

W Gdyni wielu ludzi go posłuchało. Od wczesnych godzin porannych 17 grudnia w rejon stacji Gdynia-Stocznia przybywali pracownicy Stoczni im. Komuny Paryskiej. Przez megafony wprawdzie informowano, że stocznia jest zamknięta, ale wielu ignorowało ten sygnał.

Jeden ze stoczniowców na stanowisku kierowniczym, Wojciech Szwoch, około 6.00 rano jechał pociągiem do pracy, gdy skład „się zakołysał”. Ostrzelał go czołg. W tamtych dniach w Gdyni i Gdańsku wysłano na ulice około 350 czołgów i 600 transporterów – jakby szykowano się do poważnej bitwy.

Na drodze do Stoczni im. Komuny Paryskiej na przybywających od ponad godziny czekała blokada wojskowa, którą wsparli milicjanci. Historyk Jerzy Eisler pisał, że umyślnie powstała w takim miejscu, „z którego w przypadku użycia broni przez wojsko i milicję ostrzelani ludzie nie bardzo mieliby gdzie uciekać”.

Tak było w istocie – pociągi dowoziły pracowników już od 5 rano. Było jeszcze ciemno, tłum idący wiaduktem nad stacją nie widział blokady ani wozów opancerzonych. Wojskami dowodził podpułkownik Władysław Łomot z 32 pułku wojsk zmechanizowanych. Próbował on powstrzymać ludzi, potem kazał oddać strzał z czołgu w powietrze. Stoczniowcy byli zdezorientowani. Przecież dzień wcześniej w telewizji wzywano, by iść do pracy! Sporo pewnie też było ciekawskich, zdarzali się również prowokatorzy albo osoby po prostu niepoważne. Większość to jednak byli robotnicy, chcący pracować.

Czytaj też: To był jeden z najgłośniejszych procesów politycznych PRL. Co powinieneś o nim wiedzieć?

Na drzwiach ponieśli go Świętojańską

Wreszcie strzały skierowano w stronę ludzi. Była godzina 6:05. Wojsko początkowo nie strzelało w tłum, ale w bruk – pociski odbijały się jednak i rykoszetem trafiały także w maszerujących w tylnych szeregach pochodu.

Wojciech Drożak, 19-letni wówczas pracownik stoczni, opowiadał: „I stała tam kobieta około 40 lat i dostała tymi odłamkami, tymi odpryskami, tak że po strzale był krzyk, przewróciła się. Później jeszcze, gdy już karetki przyjechały, widziałem ją w karetce. Żyła jeszcze, ale widok był straszny, twarz zmasakrowana, nosa, oczu nie było w ogóle widać, strzępy, po prostu strzępy z twarzy”.

Podpułkownik Władysław Łomot doznał szoku, „przejściowo tracąc nawet zdolność dowodzenia podległymi mu żołnierzami” – wydanie rozkazu strzelania do bezbronnych ludzi chyba nikomu nie przychodzi łatwo. To, plus chaos organizacyjny – bo siłami pacyfikującymi robotników w Gdyni dowodziło kilka ośrodków – jeszcze pogorszyło sytuację. Napływały też różne polecenia z Warszawy.

Wojsko zaczęło strzelać do ludzi idących do pracy (na zdj. kładka nad stacją Gdynia-Stocznia).

fot.Mariochom/CC BY-SA 4.0 Wojsko zaczęło strzelać do ludzi idących do pracy (na zdj. kładka nad stacją Gdynia-Stocznia).

Wkrótce rozpętało się piekło. Ludzie chwycili za kamienie, próbowali nawet podpalić pomost, ale w grudniowy, wilgotny poranek ogień nie chwycił. Walki rozlały się na inne ulice miasta. Tam i z powrotem pędziły wozy milicyjne wystrzeliwujące petardy i granaty chemiczne. Od godziny 6:35 nad budynkami latały śmigłowce zrzucające środki chemiczne. Później pojawiły się także relacje, wedle których strzelano z nich do ludzi…

Stanisław Kodzik, wówczas uczeń jednej z gdyńskich szkół, wspominał: „Zaczęły się walki. Raz oni, to znowu my ich spychaliśmy. Mali chłopcy latali z wiadrami z wodą i zaduszali petardy. Chłopaki po wojsku biegali obok nich i pilnowali, żeby petard nie brali do ręki, bo może ręce porozrywać. Dużo petard było odrzucanych w powrotem w milicjantów”.

Każdy chyba słyszał „Balladę o Janku Wiśniewskim” – czy to w wykonaniu Krystyny Jandy, czy ostatnio Kazika Staszewskiego – albo oglądał przejmującą, choć dla wielu obrazoburczą, scenę z „Psów”, gdy pijani esbecy niosą kolegę, śpiewając balladę. Wiadomo, że Janek Wiśniewski to postać fikcyjna (być może jego pierwowzorem był 18-letni Zbigniew Godlewski), ale cała pieśń perfekcyjnie oddaje tamte tragiczne chwile. W Gdyni już o 7.00 rano uformował się pierwszy pochód, potem drugi i kolejne. Ludzie śpiewali hymn Polski, ale także pieśni robotnicze oraz Międzynarodówkę.

Według relacji jednej z kobiet, pielęgniarki Eleonory Karczewskiej, która widziała taki pochód: „kilku mężczyzn niosło na drzwiach młodego chłopca. Miał zakrwawioną szyję, okropnie to wyglądało (…). Chłopiec był przeźroczyście blady, blondynek o króciutkich włosach, taki dzieciak”. Do historii przeszedł kilkugodzinny zapis rozmów prowadzonych przez funkcjonariuszy MO, zarejestrowany przez amatora krótkofalówek:

Słuchaj. Ta grupa z tym, z tym, z tym zabitym, proszę ciebie, jest na Świętojańskiej, już na Świętojańskiej. Sztandar niosą zakrwawiony i za nim tego trupa (…) Kasztan zgłoś się, tu Gujana. Ta grupa z tymi flagami i z tym trupem, na czele idzie młodzież. Podają, że akademicka albo szkolna. Idą dalej w kierunku prezydium. (…).

Dobra. Kasztan, Kasztan zgłoś się. Ta grupa co niesie tego trupa jest w tej chwili na Świętojańskiej na wysokości PKO i na razie nie stosuje się żadnych środków i jest niebezpieczeństwo, że może urosnąć ta grupa. Bo wszyscy dołączają, dołączają, stają, czapki zdejmują i płaczą (…) Co z tym trupem? Czy go sprzątnęli z sprzed prezydium? – Więc słuchaj, to jest opanowane przez naszych, opanowane przez naszych i tam nie można nic dojrzeć.

Czytaj też: Czy stan wojenny mógł zostać wprowadzony już w sierpniu 1980?

Pochówki w nocy

W sumie bilans ofiar śmiertelnych tamtego dnia w Gdyni – wedle oficjalnych danych – to 18 osób, ale rannych były już setki. Wielu ludzi nigdy nie odzyskało pełnej sprawności utraconej w wyniku postrzałów – także dlatego, że bali się zgłaszać do szpitali. Osobną kategorię stanowią ludzie, których bito w gmachu Prezydium Miejskiej Rady Narodowej – tam właśnie milicja urządziła katownię.

Tablica pamiątkowa na Węźle Ofiar Grudnia w Gdyni.

fot.czupirek/CC BY 4.0 Tablica pamiątkowa na Węźle Ofiar Grudnia w Gdyni.

Taka skala represji musi zadziwiać, zwłaszcza, że w samej Gdyni protesty robotnicze po podwyżkach odbywały się spokojnie – to w Gdańsku doszło do rozruchów. Nie było też żadnych grabieży, które niestety zdarzały się w Gdańsku. Ofiary śmiertelne (dokładnie 16) były też w Szczecinie, gdzie doszło do ostrych walk – podpalono budynek Komitetu Wojewódzkiego. Gdy 17 grudnia o godzinie 12.00 zebrało się Biuro Polityczne KC PZPR, Mieczysław Moczar informował o wydarzeniach w Szczecinie: „Sytuacja bardzo groźna, doszło do ostrego starcia z agresywnym tłumem liczącym ponad 2 tys. ludzi, są liczne podpalenia, użyto bomb gazowych”.

Odpowiedź Gomułki, mimo upływu lat, wciąż przeraża: „Gdzie podpalają, trzeba strzelać”.

Także po stronie wojska i milicji zginęło kilku funkcjonariuszy i żołnierzy. Byli ranni. Stanisław Kociołek mówił na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR 19 grudnia o 300 poszkodowanych milicjantach. Stwierdził też, że „zamęt wkrada się do rodzin wojskowych. W wojsku powstają obawy, czy bronią słusznej sprawy”.

Gdy walki ucichły, rozpoczął się dramat rodzin ofiar. W tamtym czasie nie było łatwo dowiedzieć się, gdzie są bliscy – zginęli? Może są w szpitalu? W jakim stanie? Tych, którzy trafili pod opiekę lekarską, nachodziła potem milicja. Ci, którzy zginęli, chowani byli po nocach, w świetle milicyjnych reflektorów w anonimowych grobach.

Ojciec zabitego Janusza Żebrowskiego opowiadał: „syn nie wrócił do domu jeden dzień, drugi dzień; chodzę; pytam tych których wypuszczono z aresztów, z więzień – nikt nie widział”. Ostatecznie grób syna pomógł Żebrowskiemu znaleźć znajomy milicjant. Okazało się, że Janusza pochowano w Gdańsku. Grób był bez tabliczki, ale z krzyżem. Dopiero wiosną rodzina zabitego dostała zgodę na ekshumację. Tomasz Żebrowski umieścił na nowym grobie napis „Został zastrzelony przez MO w zajściach grudniowych”. Późnej nieznani sprawcy napis zamazali. Tomasz Żebrowski napisał to więc jeszcze raz. I znowu to sami. Dopiero po postawieniu pomnika grób zostawiono w spokoju.

Bibliografia:

  1. Jedliński (red.), Grudzień 1970, Paryż 1986.
  2. Domański (oprac.), Grudzień 1970, Tajne dokumenty Biura Politycznego, Londyn 1991.
  3. Eisler, Grudzień 1970. Geneza, przebieg, konsekwencje, Warszawa 2000.
  4. Eisler, Trepczyński, Grudzień ’70 wewnątrz „Białego domu”, Warszawa 1991.
Oryginalne źródło: ZOBACZ
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na twitter
Udostępnij na WhatsApp

Oryginalne źródło ZOBACZ

Subskrybuj
Powiadom o

Dodaj kanał RSS

Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS

Dodaj kanał RSS
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze
Poprzedni artykułTVP Bydgoszcz: Bruski nie chce 25 mln od rządu? I sama sobie odpowiada: “Działa na szkodę miasta”
Następny artykułDowództwo kosmiczne armii USA: Rosja przeprowadziła próbę pocisku antysatelitarnego