A A+ A++

Co prawda, kreowany na jednego z asystentów selekcjonera Jerzy Dudek, przy wyniku 0:3 do przerwy, wygrał wraz z Liverpoolem Ligę Mistrzów, ale nie wiadomo, czy to dobra, czy zła wróżba, bo ograł wtedy – nomen omen – Andrija Szewczenkę, dziś podobno kandydata numer 1 na nowego polskiego Narodowego. Numero uno, ale pod warunkiem, że znajdzie się 6 milionów euro na jego 2,5-letni kontrakt z PZPN i uda się rozwiązać umowę Ukraińca z włoską Genuą tak szybko, jak Liverpool nastrzelał goli Milanowi w Stambule (trzy w siedem minut).

Dudek instynktownie, w niesamowity sposób, obronił wtedy bombę Szewczenki z woleja z dwóch metrów, co jest uznawane za jedną z najlepszych interwencji bramkarskich w historii futbolu, a następnie nie dał się pokonać napastnikowi Milanu w serii rzutów karnych. Czy teraz będą wspólnie bronić się z reprezentacją Polski przed rosyjską nawałnicą w meczu o mundial w Katarze, a później ewentualnie przed szwedzkim potopem w barażowym finale. Byłby to swoisty, ciekawy paradoks, chichot losu w historii piłki kopanej.

Skutecznie zarządzać ryzykiem

W życiu, także w świecie futbolu, obowiązuje maksyma: wygrywa ten, kto potrafi skutecznie zarządzać ryzykiem. Trudno o powodzenie w życiu, sukcesy w sporcie, ludziom, którzy są zachowawczy, kunktatorscy, boją się zaryzykować. Z drugiej strony nie można jednak przesadzić ze zbytnią brawurą, stawiać ciągle wszystko na jedną kartę, bo może się to skończyć katastrofą. Wygląda na to, że prezes Kulesza przy wyborze selekcjonera jest skłonny zagrać va banque i oby ta zagrywka zakończyła się szczęśliwie dla niego i polskiej piłki.

„Herkules dwanaście ciężkich prac wykonał, a trzynastej nie mógł podołać: żony nie mógł poskromić” – to jedna ze słynnych myśli Platona. Parafrazując, Kulesza wykonał już w PZPN tuzin ciężkich prac, przemeblował personalnie niemal cały Związek, ale trzynastemu zadaniu nie może podołać: wybrać selekcjonera. Albo inaczej – przesłuchał już dwunastu kandydatów na trenera polskiej kadry, a wybrał trzynastego (oby nie pechowego), którego właśnie wyrzucili z roboty, ale na razie nie może poskromić jego żądań finansowych i nie może podołać w kwestii rozwiązania umowy kandydata z włoskim klubem.

30 milionów złotych na selekcjonera?

Już w czwartek wieczorem otrzymałem informację, że PZPN bada możliwość finansowania przez jedną ze spółek skarbu państwa, albo przez któregoś ze swoich głównych sponsorów, kontraktu Szewczenki, który podobno zgodzi się przejąć reprezentację Polski, ale za 200 tysięcy euro miesięcznie, czyli 2,4 mln euro rocznie. Podobnie zarabia w Genui. To oznacza, że PZPN musiałby wydać na 2,5-letni kontrakt Szewczenki (do lipca 2024 roku, czyli zakończenia Euro) dokładnie 6 milionów euro, czyli około 27 milionów złotych. Z wynagrodzeniem dla jego asystentów byłoby to 30 milionów, albo i więcej.

Nie chciało mi się wierzyć w taki scenariusz, ale kto bogatemu zabroni. Z PZPN dochodzą jednak coraz bardziej wyraźne głosy, że prezes Kulesza naprawdę chce odtrącić Nawałkę. Z kilku powodów. Nie do końca wierzy w niego jako trenera, ale także dlatego, że Nawałka jest postrzegany jako człowiek wymyślony przez Bońka i wciskany teraz prezesowi przez niektóre media i piłkarzy kadry (na czele z Lewandowskim), którzy chcą wrócić do współpracy przerwanej po nieudanym mundialu 2018 w Rosji.

Mateusz Borek zdążył już nawet obwieścić przed Kuleszą i oficjalnym komunikatem PZPN, że Nawałka został ponownie trenerem kadry, a Kuba Kwiatkowski już rozpoczął ze starym-nowym selekcjonerem przygotowania do meczu z Rosją. To wszystko się Kuleszy nie podobało i cofnął decyzję o jego zatrudnieniu (abstrahując od tego, że i tak nie mógł dojść z Nawałką do porozumienia co do długości i wysokości kontraktu). Były szef Jagiellonii postępuje trochę w myśl zasady amerykańskiego pisarza-skandalisty polskiego pochodzenia Charlesa Bukowskiego: „gdziekolwiek idzie tłum, idź w drugą stronę”.

Szewczenko ma finansowy komfort wyboru

Kiedyś na tej zasadzie zatrudnił w Jagiellonii Białystok anonimowego Ireneusza Mamrota, a ten niespodziewanie osiągnął z drużyną bardzo dobre wyniki. Drugie podejście Mamrota do „Jagi” nie było już udane i może dla Kuleszy też jest to ostrzeżenie, że z powrotem Nawałki do drużyny narodowej może być podobnie.

Szewczenko jako selekcjoner reprezentacji Ukrainy zarabiał 3 miliony euro rocznie. W FC Genoa niewiele mniej – 2,5 mln euro za sezon. Aby teraz Ukraińca zatrudnić, nie tylko trzeba mieć do wydania 30 „baniek” przez 2,5 roku, ale trzeba też szybko rozwiązać jego kontrakt z Genuą. Szewczenko został tam zwolniony z funkcji trenera, ale ciągle ma wysoki kontrakt i nie zamierza zgodzić się na jego rozwiązanie, dopóki ktoś nie przedstawi mu propozycji na podobnych warunkach finansowych, albo klub nie wypłaci mu całości uposażenia. W Genui ma jeszcze do odebrania ponad 6 milionów euro za 2,5 roku kontraktu. Bez obowiązku świadczenia pracy. Niezły układ.

Nic dziwnego, że Szewczenko nie spieszy się do kolejnej roboty. Przekonać go do zerwania umowy mogą tylko podobne pieniądze i podobna długość kontraktu. I wieść gminna niesie, że prezes PZPN jest skłonny na te warunki przystać. Bo, patrząc z drugiej strony, Szewczenko 30 miesięcy bez pracy nie będzie siedział, pobierając pieniądze od Genui. Wypadłby z trenerskiego obiegu. Wizja współpracy z Robertem Lewandowskim, powalczenie z Polską o mundial 2022 i Euro 2024, mogą się okazać dla niego kuszące, zwłaszcza jeśli Polacy będą nagle skłonni płacić na poziomie Europy Zachodniej.

Droższa powtórka z Beenhakkera?

Zakładając, że PZPN jest w stanie ze swojej kasy przeznaczyć na kontrakt Szewczenki milion euro rocznie (Paulo Sousa zarabiał 900 tysięcy euro), to 2,5-letnia umowa będzie go kosztowała 2,5 mln euro. Pozostałe 3,5 mln euro miałaby wyłożyć jedna z wielkich polskich firm, która jednocześnie podpisałaby ze słynnym Ukraińcem kontrakt reklamowy, Szewczenko stałby się twarzą tej marki. Stąd sygnały o rozmowach PZPN z potencjalnymi partnerami biznesowymi.

Wiadomo, że podczas kampanii wyborczej Kulesza był popierany przez obecną ekipę rządową. Dla spółek skarbu państwa – takich jak Orlen, Lotos, PZU, Totalizator Sportowy, czy Pekao – 3,5 mln euro za dwa lata współpracy z gwiazdą pokroju byłego napastnika Milanu i zdobywcy Złotej Piłki, to nie są nierealne koszty. Być może do tego dołożyłaby się któraś z prywatnych firm, sponsorów związku, np jeden z browarów, czy bukmacher.

Przerabialiśmy już podobną sytuację przy zatrudnianiu jako selekcjonera Polaków Leo Beenhakkera, któremu – oprócz PZPN – pieniądze wypłacał jeden z banków oraz znany browar. Z tym, że Beenhakker to była uznana firma w roli szkoleniowca, były trener Realu Madryt i reprezentacji Holandii. Na dodatek chodziło wtedy o znacznie mniejsze pieniądze, Leo zarabiał trzy razy mniej niż miałby teraz inkasować Ukrainiec. Szewczenko jako trener to na razie wielka niewiadoma. Z reprezentacją Ukrainy miał niezłe wyniki podczas operacji Euro 2020 (ograł w eliminacjach Portugalię, a później dotarł do ćwierćfinału – gdzie przegrał 0:4 z Anglią), ale na początek nie zdołał z nią awansować do finałów MŚ w Rosji, ustępując w grupie eliminacyjnej nie tylko Chorwacji, ale i przeciętnej Islandii.

Wydawać pieniądze, jak pijany marynarz

Klub z Genui Szewczenko przejął na ostatnim miejscu w Serie A, ale nie zdołał poprawić jego pozycji. Na dziewięć meczów w lidze – nie wygrał żadnego, tylko trzy zremisował, sześć przegrał, choć trzeba przyznać, że z silnymi rywalami. Jedyny mecz pod wodzą Ukraińca Genoa wygrała w Pucharze Włoch – 1:0 z Salernitaną. Czy to są osiągnięcia, które sprawiają, że warto zaryzykować fortunę na zatrudnienie Szewczenki? Niech każdy sobie odpowie sam.

Gdyby wielkie polskie koncerny miały wyłożyć dziesiątki milionów złotych na zatrudnienie Massimiliano Allegriego, czy Jose Mourinho, albo choć Slavena Bilicia, nie byłoby wątpliwości, czy warto. W przypadku Szewczenki to ryzyko i niewiadoma. Dopiero jego kolejna praca pokaże, jaki naprawdę jest jego poziom. Czy jest tylko trenerską wydmuszką z głośnym nazwiskiem, czy drugim Guardiolą, albo chociaż Kasperczakiem. Prezes PZPN musi więc powiedzieć: sprawdzam, wykładając na stół 30 milionów złotych.

Jeśli się uda i Polska awansuje do finałów mistrzostw świata 2022, będzie to mistrzowska pokerowa zagrywka. Co jednak jeśli – odpukać – potknie nam się noga w Moskwie albo ze zwycięzcą meczu Szwecja – Czechy i mundial polscy piłkarze obejrzą w telewizji, a PZPN straci na nieobecności w Katarze około 80-100 milionów złotych? Nie licząc tych 30 milionów na Szewczenkę i jego sztab.

Ktoś może powiedzieć, że Kulesza wydaje pieniądze jak pijany marynarz, gdy jego statek po długim rejsie przybija do portu. Można tu też znów sięgnąć po cytat z kultowego „Rejsu”: „No i panie, kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, my płacimy. Społeczeństwo. To są nasze pieniądze, proszę pana.”. Wydawać pieniądze sponsora, czy państwowej firmy jest łatwiej, ale jak będą porażki kadry, to taka firma wizerunkowo też za dużo nie zyska. To wszystko trzeba dokładnie rozważyć na szali, by nie rozbić się jak Titanic o górę lodową.

Gdzie był prezes przed Węgrami?

Wkrótce minie pół roku pracy Kuleszy w roli prezesa PZPN. Na razie, mówiąc językiem piłkarskim, Kulesza – po piętnastu minutach gry – przegrywa swój mecz 0:2. Pierwszego samobója były piłkarz Jagiellonii wbił sobie w meczu z Węgrami. Jako szef Związku dopuścił do tego, że trener Sousa i kapitan Lewandowski uznali za ważniejszy mecz z Andorą i odpuścili grę gwiazdora Bayernu w arcyważnym meczu z Węgrami, który dawał rozstawienie i grę na własnym stadionie w barażu o mundial. Nie panował nad sytuacją i to jest jego pierwsza poważna wpadka w fotelu prezesa PZPN.

Mówiąc delikatnie, nieprzesadnie cenię Zbigniewa Bońka jako działacza i trenera (piłkarzem był wybitnym), ale nie wyobrażam sobie, aby za kadencji Bońka jako prezesa doszło do takiej kompromitującej sytuacji, że Sousa nie wystawia Lewandowskiego na mecz z Węgrami, a szef PZPN nie reaguje w odpowiednim czasie. Boniek jako prezes miał swoje wady i zalety, ale przed tak ważnym meczem, jak ten z Węgrami, na pewno już w samolocie z Andory suszyłby głowę Portugalczykowi – jak zagramy z Madziarami, w jakim składzie. I gdyby Sousa powiedział mu, że bez „Lewego”, to Boniek pewnie wyrzuciłby go z samolotu.

Wizerunkowy strzał w stopę

Drugi gol samobójczy Kuleszy, to ta cała telenowela z wyborem selekcjonera. Sposób rozgrywania tego castingu trochę deprecjonuje stanowisko trenera kadry (i tak już lekko podeptane przez Paulo Sosuę), dochodzą też głosy, że reprezentanci Polski są coraz bardziej poirytowani tą sytuacją, a wielu z nich robi sobie już po prostu żarty z informacji, które od tygodni docierają z PZPN i z mediów w sprawie następcy Portugalczyka. Kibice prześcigają się w tworzeniu memów na ten temat. Jeden z lepszych: „Kulesza czeka aż Sousę wyrzucą z Flamengo”.

Generalnie – sposób komunikacji sprawy wyboru selekcjonera, to jest amatorka i wizerunkowy strzał w stopę nowych władz PZPN. Ciągle pojawiają się jakieś plotki, wrzutki, kto się zgłosił, kogo chce Kulesza, z kim rozmawia, kto został odrzucony. Raz Nawałka jest trenerem, raz nie jest, później znów jest niemal ogłoszony, a nagle wypada z gry. Nie ma jasnych, prostych, profesjonalnych komunikatów z PZPN.

Trudno się też oprzeć wrażeniu, że w pewnym momencie sami ludzie z otoczenia prezesa PZPN zaczęli wypuszczać do mediów kontrolowane przecieki o poważnych rozmowach z różnymi kandydatami i nowych faworytach, by zyskać kartę przetargową w negocjacjach z Nawałką. Raz prezes mówi, że nie udziela informacji mediom i dla nikogo nie zrobi wyjątku, a trzy dni później ogłasza w jednym z portali – zamiast w oficjalnym komunikacie PZPN – kiedy wreszcie wybierze selekcjonera. Co to wszystko jest? Teatrzyk kukiełkowy?

Promują się na platformie PZPN

Na dodatek, dzięki tej maskaradzie w PZPN, przeróżni futbolowi menedżerowie z całej Europy zrobili sobie z reprezentacji Polski platformę do promowania na rynku bezrobotnych trenerów, których reprezentują. Najpierw przeleciał do Warszawy zdobywca Złotej Piłki Fabio Cannavaro, któremu po wielu latach pracy w Chinach marzy się teraz angaż w Premier League i jest kandydatem na trenera Evertonu. Cannavaro i jego menedżer Pini Zahavi pogadali z Kuleszą, wrócili do Italii, a tam zaprzyjaźnieni, usłużni włoscy dziennikarze po kilku dniach obwieścili bujdę na resorach, że Fabio odrzucił propozycję PZPN, który był zdeterminowany, by go zatrudnić za 2 miliony euro rocznie. I pozycja Cannavaro na rynku trenerskim wzrosła.

Na początku poprzedniego tygodnia kolejna wypustka. Nagle głównym kandydatem na selekcjonera Biało-Czerwonych stał się Szwajcar Marcel Koller, który dopiero co wstał z łóżka operacyjnego. Dwa dni później akcja a’la Cannavaro. Szwajcarski dziennikarz ogłasza, że Koller odrzucił propozycję PZPN, który zaproponował mu objęcie naszej kadry. I na ten kabaret nie ma żadnej reakcji PZPN, żadnego oficjalnego komunikatu. Więc albo kolejni kandydaci lekceważą naszą kadrę i odrzucają propozycje Kuleszy, albo ktoś we Włoszech i Szwajcarii robi sobie tanią reklamę kosztem PZPN, którego władze na to pozwalają.

Prezes tak mocny, jak wyniki kadry

Na razie więc jedyne skuteczne działanie Kuleszy, to przekonanie do siebie delegatów na zjazd wyborczy, by na niego głosowali i wymienienie w związku ekipy Bońka na swoich ludzi. Ale kiełbasa wyborcza już zjedzona i teraz trzeba jeszcze przełożyć to na wyniki i efekty pracy. Na razie jest 0:2. Kibicujemy Kuleszy, aby po barażu z Rosją nie było 0:3, bo wtedy będzie mu trudno odbudować swój wizerunek i skończyć jak Dudek w Stambule. Pół kadencji będzie stracone, nastawienie kibiców i mediów nieprzychylne. A przede wszystkim stracimy emocje i możliwość kibicowania Biało-Czerwonym podczas mistrzostw świata. Prezes PZPN jest tak mocny, jak wyniki drużyny narodowej. Reszta to przystawka. Jeśli te baraże wygramy i pojedziemy do Kataru, to będzie to hat-trick prezesa Kuleszy (jak Bońka z Belgią na Camp Nou w Barcelonie) i obejmie on w swojej kadencji prowadzenie 3:2. A później będzie już z górki.

W 2024 roku są bowiem mistrzostwa Europy w Niemczech. Awansować na Euro, w którym zagrają 24 zespoły, jest znacznie łatwiej niż na mundial. Z grupy eliminacyjnej wychodzą automatycznie dwie drużyny, a nie jedna, jak w przypadku kwalifikacji MŚ. Zyskali wcześniej na tym bardzo Boniek i Nawałka, bo zaczęli od eliminacji Euro 2016, w których wystarczyło wyprzedzić Irlandię, Szkocję, Gruzję i Gibraltar, by awansować (przed nami byli Niemcy).

Nawet w eliminacjach mundialu 2018 mieli farta, bo nie trafiliśmy na żadnego potentata (jak teraz na Anglię), trzeba było ograć Danię, Rumunię, Czarnogórę, Armenię i Kazachstan. Euro 2024 może więc być – nawet jak katar przejdzie nam, nomen omen, koło nosa – radosnym finiszem kadencji Kuleszy, ale trzeba też pamiętać, że Lewandowski i Glik będą mieli wówczas już 36 lat, Krychowiak i Szczęsny po 34.

Zeus Boniek i Prometeusz Kulesza

Póki co, milowymi krokami zbliża się mecz z Rosją. Zostały do niego ledwie dwa miesiące. Na dodatek – jeśli PZPN zatrudni Szewczenkę, to wątpliwości może budzić fakt, czy bez problemu będzie on mógł poprowadzić Polskę w meczu w Moskwie, w obliczu możliwej inwazji Rosji na Ukrainę. Na 100 procent nie można nawet przewidzieć, czy ukraiński szkoleniowiec będzie mógł w takiej sytuacji do Moskwy polecieć.

Tak czy inaczej, podgrzałoby to jeszcze bardziej emocje wokół tego meczu i niekoniecznie było dla nas pozytywne. Nie sądzę żeby Szewczenko czuł się komfortowo w takiej sytuacji i miał spokojną głowę. A jak ktoś w życiu, czy w sporcie, traci pewność siebie, to jakby stracił równowagę, idąc po drążku zawieszonym wysoko nad rzeką pełną wygłodniałych krokodyli.

Pracownicy PZPN, cichaczem, często między sobą nazywali prezesa Bońka „Zeusem”. Nadali mu taką ksywkę, bo sprawiał wrażenie nieomylnego, miał poczucie swojej wielkości, dość autokratycznie podejmował decyzje, nie lubił sprzeciwu. Kulesza wydaje się być takim mitologicznym Prometeuszem, który niesie polskim kibicom ogień. Prometeusz ulepił człowieka z gliny pomieszanej ze łzami. Kulesza też lepi nowego selekcjonera ze swojej (ukraińskiej?) gliny. Czy będą do niej domieszane łzy radości, czy rozpaczy kibiców, przekonamy się wkrótce.

Na razie najbliżej nam do popłakania się ze śmiechu przy galimatiasie z wyborem selekcjonera. Takie piłkarski „Kogel-mogel 5”. Oby tylko Zeus nie zesłał nam, jak w mitologii, do PZPN i kadry – Pandory z puszką nieszczęść. Bo wtedy sęp będzie codziennie wygryzał, jak Prometeuszowi, wątrobę polskim kibicom i nie będzie łatwo znaleźć Heraklesa, który z łuku ustrzeli tego ptaka (czytaj: wygra nam eliminacje MŚ i Euro).

Selekcjoner 29 lutego?

Boniek i Kulesza są na pewno typami samca alfa – mężczyzny silnego, niezależnego, pewnego siebie, o cechach przywódczych. Zwykle odnoszą sukcesy. Podobnie jest z Robertem Lewandowskim. To także typ samca alfa, przywódcy stada. Może więc – jak proponował pół żartem, pół serio jeden z kibiców – zamiast szukać 30 milionów na Szewczenkę, zróbmy trenerem na mecze barażowe Lewandowskiego. Będzie taniej, a może i lepiej. W końcu goli na boisku Robert nastrzelał więcej od Ukraińca, Złotą Piłkę też prawie zdobył, pokazał również, że w kadrze potrafi być ważniejszy niż trener i skutecznie nią rządzić.

W końcu Szewczenko ma na koncie trenerskim tylko jeden awans do finałów (Euro 2020), a Lewy aż trzy. Wprowadził Polskę i do Euro 2016 i na mundial 2018 i Euro 2020. No bo przecież nie Nawałka i Brzęczek. Ten żart to nawiązanie do słów Bońka, który – gdy mu zarzucono, że nie ma osiągnięć trenerskich – błyskotliwie i z poczuciem humoru ripostował: „A medal na mundialu w Hiszpanii, to kto zdobył? Piechniczek?”.

Kulesza na starcie kadencji i na początku poszukiwań selekcjonera, sprawiał wrażenie człowieka, który – niczym Zbigniew Zapasiewicz w komedii „CK Dezerterzy” – zachowuje stoicki spokój i „zna wszystkie możliwe pytania i wszystkie możliwe odpowiedzi”. Powoli to złudzenie pęka, jak bańka mydlana. Żarty bowiem żartami, a smutna rzeczywistość na dziś wygląda niestety tak, że – póki co – nowy prezes PZPN jest dobrze zakamuflowanym mistrzem podejmowania szybkich i trafnych decyzji.

W pierwotnej wersji nazwisko nowego selekcjonera mieliśmy poznać 19 stycznia. Teraz prezes ogłosił, że 31 stycznia. Oby kolejną datą nie był… 29 lutego, czyli kalendarzowa fatamorgana. Wszystko to wygląda na prima aprilis, ale na niego się nie załapiemy, bo 1 kwietnia będzie już po zimie i barażach o mundial. I przyjdzie wiosna. Z Katarem czy bez? Może będziemy już mundialowymi ozdrowieńcami po tej węgierskiej infekcji, ale lepiej się zaszczepić na tego piłkarskiego wirusa.

Robert Zieliński, Polsat Sport

Przejdź na Polsatsport.pl

Oryginalne źródło: ZOBACZ
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na twitter
Udostępnij na WhatsApp

Oryginalne źródło ZOBACZ

Subskrybuj
Powiadom o

Dodaj kanał RSS

Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS

Dodaj kanał RSS
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze
Poprzedni artykułI liga K: Przerwana seria LOS-u, SAN-Pajda z dwoma punktami
Następny artykułPogoda na jutro – poniedziałek 24.01. Duża różnica temperatury w nocy, za dnia maksymalnie 8 stopni