A A+ A++

Większość meczów w obecnej edycji Ligi Mistrzów z konieczności jest rozgrywana bez udziału publiczności, dziś na Stadionie Narodowym w Budapeszcie miało miejsce wielkie kibicowskie święto. Spora rzesza fanów, głośny doping i kapitalna oprawa ultrasów. Ale na boisku wesoło było tylko Juventusowi, który wygrał 4:1. Goście z Turynu bez większych problemów, minimalnym nakładem sił zepsuli Madziarom niezwykle ważny dzień dla ich futbolu.

Gospodarze na początku przyjęli taktykę preferowaną przez „Wójta”. Wślizg, wślizg, wślizg i kiełbachy do góry. Ale mimo że Juventus jest w lekkim kryzysie, nie zdało to egzaminu. Głęboko ustawione zasieki agresywnie grającego Ferencvarosu zostały już rozmontowane w 7. minucie. Bonucci prostopadłym zagraniem uruchomił Cuadrado, a kolumbijski skrzydłowy płasko podał wzdłuż pola karnego do niepilnowanego Alvaro Moraty, który wpakował futbolówkę do pustej bramki.

UWAGA! Tym razem VAR nie anulował mu gola.

Potem Juve spokojnie czekało na jakąś kontrę. „Fradi” próbowało od czasu do czasu odważniej podejść pod bramkę strzeżoną przez Wojciecha Szczęsnego, ale ani razu nie byli w stanie poważanie zagrozić Polakowi.

Komediowe bramki Juve

O ile do przerwy Węgrzy mogli mieć jeszcze nadzieję na sprawienie sensacji, tak w drugiej części starcia postanowili pokazać, na czym polega słynna madziarska gościnność. W 60. minucie Alvaro Morata podwyższył wynik na 2:0, a za chwilę Ferencvaros ośmieszył się przed całą Europą. Najpierw jeden z obrońców podał w taki sposób do bramkarza Denesa Dibusza, że ten nie był w stanie opanować piłki i padła ona łupem Dybali. Argentyńczyk już tylko dopełnił formalności. Kilka minut później Denes nie chciał być gorszy od kolegi i podał wprost do strzelca poprzedniego gola. Lasha Dvali ofiarną interwencją próbował jeszcze wybić futbolówkę, ale zrobił to nieudolnie i zaliczył samobója. Kuriozum.

Komediowe bramki.

Funny football w najlepszej odsłonie.

Podopieczni Serhija Reberowa za sprawą Francka Boliego w samej końcówce zdołali strzelić honorową bramkę. Tym samym Szczęsny, który był bezrobotny przez prawie całą rywalizację, znów nie zachował czystego konta w Lidze Mistrzów.

W ogóle, skoro wspomnieliśmy już o Dwalim, to nie był to jedyny ekstraklasowy akcent dzisiejszego wieczoru. Całkiem nieźle poczynał sobie kapitan „Fradich” Gergo Lovrencsics. Ambitny w obronie, kilka razy podłączył się do akcji ofensywnych, ale nie był to niestety mecz Ekstraklasy – nie szło zrobić tu nic więcej, nic pogrozić Juve palcem. Niemniej to i tak sympatyczna historia, więc trzymamy kciuki, żeby „Fradim” udało się coś w tej grupie ugrać.

***

Co jeszcze zapamiętamy z dzisiejszego spotkania? Cristiano Ronaldo, który w końcu mógł zagrać w Champions League po przerwie spowodowanej zakażeniem koronawirusem. Mogło się wydawać, że głodny gry Portugalczyk będzie próbował w Budapeszcie śrubować rekordy. Rywal teoretycznie łatwy, więc idealna okazja, by mógł sobie postrzelać kolejne gole. Ale CR7 miał chyba inny pomysł na to spotkanie, bo w pierwszej połowie zajmował się głównie podawaniem. Po przerwie mógł w końcu wpisać się na listę strzelców, ale kiedy miał na nodze „patelnię”, trafił w jednego z rywali. No nie był to jego wieczór.

Ferencvaros – Juventus 1:4

Boli 90′ – Morata 7′, 60′ Dybala 73′, Dvali 83′ (sam.)

Fot. FotoPyK

Oryginalne źródło: ZOBACZ
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na twitter
Udostępnij na WhatsApp

Oryginalne źródło ZOBACZ

Subskrybuj
Powiadom o

Dodaj kanał RSS

Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS

Dodaj kanał RSS
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze
Poprzedni artykułWściekli widzowie bojkotują film. Wytwórnia bije się w pierś
Następny artykułPublikujemy sprostowanie – w kolejnym artykule szczegółowo się do niego odniesiemy.