A A+ A++

Jeśli ktoś wybrał ten mecz zamiast widowiska na Allianz Arenie, jest masochistą albo kibicem jednej z drużyn. No, lub kimś, kto musi ten mecz obejrzeć, żeby zdać z niego relację. Co pewne – wszyscy straciliśmy to samo. Czas, cenny czas, który dało się poświęcić na wiele innych, ciekawszych rzeczy. To był bowiem mecz Ligi Mistrzów tylko z nazwy, bo z futbolem na mistrzowskim poziomie nie miał zbyt wiele wspólnego. W cieniu starcia Bayernu z PSG skroił nam się mały paździerz, z którego można wyciąć co najwyżej trzy akcje Chelsea i może jedną Porto.

W trakcie oglądania tego spotkania można było pomyśleć, że trafiło się na złą imprezę. Pomylone piętra, kolacja staruszków przy serialu „Na Wspólnej” zamiast studenckiej parapetówki.

Gdyby Porto miało odrobinę więcej szczęścia, już po dziesięciu minutach strzeliłoby kapitalną bramkę. Trafienie życia miał na nodze Mateus Uribe, który z szesnastego metra uderzył z woleja tuż nad okienkiem. Brawa za próbę, bo była naprawdę dobra. Na kolejne zagrożenie ze strony gospodarza musieliśmy jednak trochę poczekać. Ustawienie Chelsea z trójką obrońców zdawało egzamin, przez środek trudno było się przecisnąć, a Chilwell z Jamesem na wahadłach umiejętnie zamykali boczne sektory. Piłkarze z Londynu musieli to robić, bo bronić się w tym meczu Portugalczycy nie zamierzali. Grali pewnie, chętnie zdobywali teren.

Ale jak już przyszło do defensywy, to nieskutecznej. Gol Chelsea przyszedł naprawdę bardzo łatwo. Jorginho podał do Mounta tuż przed polem karnym, któremu wystarczyły ułamki sekund. Jeden genialny obrót z piłką, potem drugi kontakt jako mała poprawka przed strzałem i dokończenie dzieła z ostrego kąta. Może sama konstrukcja akcji nie należała do najbardziej wymagających, ale już zachowanie Anglika – klasa światowa. Nie dziwimy się, że taki zawodnik tworzy wyjściowy skład reprezentacji Anglii. I to by było na tyle, jeśli chodzi o fajerwerki ze strony 22-latka.

Warto odnotować, że to był jedyny strzał celny w pierwszej połowie ekipy Tuchela. Co do Porto – cóż, tam panowie mogli pluć sobie w brodę. Tuż przed przerwą mieli dwie niezłe okazje, z czego szczególnie strzał głową Pepe mógł zostać zamieniony na gola. Obraz gry podsuwał myśl, że na tablicy wyników powinien widnieć remis. Najlepiej bezbramkowy, bo na dobrą sprawę gol Mounta nie wziął się ze stuprocentowej sytuacji. Chelsea wygrywała wyłącznie tym, że w kluczowym momencie potrafiła być po prostu skuteczna. Nic poza tym, nic specjalnego. Mało sensownej gry w piłkę.

W drugiej połowie wiele się nie zmieniło.

Chelsea miała większe posiadanie piłki, ale nie wynikało z tego kompletnie nic. To Porto potrafiło dorwać się do skóry Mendy’ego w bramce, potrzebując niewiele czasu i przestrzeni na połowie rywala. Najpierw niezłą okazję miał Marega, nieco później Luis Diaz po strzale z dystansu tuż obok słupka. Liczba zagrożeń, które stworzyło Porto, powinna dać chociaż jedną bramkę. Ale licznik niezmiennie stał na poziomie zero. Londyńczycy mieli niezłą zaliczkę, więc trochę cofnęli się do defensywy i czekali.

No i doczekali się. Babola. Ot, długa piłka na obrońcę Porto, ten pokracznie przyjmuje futbolówkę na dwa metry, którą przejmuje Chilwell. Angielski wahadłowy zobaczył, że do bramki nie zostało specjalnie daleko, więc ruszył sam, minął bramkarza i dopiął formalności. W tej sytuacji bramka idzie na konto Corony, który chyba nie dowierzał, że można popełnić tak głupi błąd. Chwilę wcześniej bramkę mógł zdobyć Pulisić, ale omal nie wygiął poprzeczki. Tym razem niefart.

Sumując, Chelsea wygrała 2:0, choć nie był to mecz jednostronny. W żadnym razie. Na przestrzeni 90 minut na konto ekipy Tuchela mogliśmy zaliczyć: jedną (jedyną) akcję indywidualną Mounta na wagę otwarcia wyniku, ładny strzał Pulisicia i przypadkową bramkę Chilwella. Tak, tyle dzisiaj wystarczyło, żeby ograć Porto. Tak, gospodarze mogą poczuć, że nie dopisało im szczęście. Wynik trochę zakłamuje rzeczywistość, ale nie będziemy ukrywać, że naprawdę trudno będzie odrobić straty w rewanżu. Skoro „The Blues” wciskają takie gole psim swędem, wszelkie starania „Smoków” mogą spełznąć na niczym. Tak jak dzisiaj.

Czy wygrała drużyna lepsza? Oj, raczej nie. Wygrała ta, do której uśmiechnęło się szczęście. Można odnieść wrażenie, że taki Bayern czy PSG rozklepałby dzisiaj Chelsea niemiłosiernie.

Aha, jeśli kogoś w drużynie zwycięskiej można wyróżnić, to raczej negatywnie. Havertz i Werner – piach, proszę państwa. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz istna bida z nędzą.

Porto – Chelsea 0:2 (0:1)

Mount 22′, Chilwell 85′

Fot. Newspix

Oryginalne źródło: ZOBACZ
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na twitter
Udostępnij na WhatsApp

Oryginalne źródło ZOBACZ

Subskrybuj
Powiadom o

Dodaj kanał RSS

Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS

Dodaj kanał RSS
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze
Poprzedni artykułZAKSA zatrzymana w półfinale PlusLigi! Jastrzębski Węgiel już czeka w finale
Następny artykułCzeskie media: Rosja nie powstrzymała przekopu Mierzei Wiślanej