A A+ A++

Z roku na rok dziwimy się coraz mniej. Z roku na rok wtapiają się w krajobraz. Bierzemy ich pod uwagę, planując wyjścia z domu, jakby chodziło o biegnący przez miasto maraton. Była zadyma, czy rozeszli się spokojnie do domów? W pewnym momencie do tego się to sprowadza – do niedogodności. Przywykliśmy, chociaż jest w nas przecież niezgoda na faszyzm, ale nie mamy za bardzo wyboru. Pewnie wielu z was ma podobne myśli, gdy marsz niepodległości idzie przez miasto, gdy nacjonaliści dostają się do Sejmu i generalnie robi się jakoś tak brunatno. Że może to nie jest już kraj dla nas. Że ktoś nam go zabrał. Że jeśli nie było do tej pory impulsu, by spakować walizkę, to teraz być może przelała się czara goryczy. Ale wciąż tu jesteśmy.

Co jeśli wyjadą z tego kraju wszyscy porządni ludzie? Oczywiście, że nie wyjadą, ale czasem zaczynamy tak myśleć.

Pocieszamy się, chociaż to nie jest wcale pocieszające, właściwie to odwrotność pocieszenia, że wzrost nastrojów nacjonalistycznych to nie tylko u nas. Że to jest tendencja światowa, znak czasów późnego kapitalizmu, nieuchronne jak globalne ocieplenie. Ale z drugiej strony nie jest przecież tak, że nie ma ucieczki. Z trzeciej strony, nie widzimy tego przecież codziennie. Na codzień nie czujemy, że musimy się bać, zwłaszcza, gdy jest nam dane posiadać przywilej wtapiającego się w tłum białego Polaka. Jeszcze nie czujemy się wypędzeni, no chyba że po chwili przypominamy sobie, że jesteśmy nie Polakiem a Polką, albo jesteśmy niehetero, albo mamy żydowskich przodków, albo nie jesteśmy katolikami, albo jesteśmy socjalistami. Albo po prostu nie podzielamy tej wizji, że Polska dla Polaków. I ponownie robi się nam nieswojo.

W tym roku po raz pierwszy od lat wyjechałam z miasta, po raz pierwszy od lat nie otwierałam internetu, nie pisałam dorocznego felietonu o tym, jak jest źle. Ale nawet gdy na chwilę odetniesz się od tego, żeby nie zwariować, to przecież samo z siebie nie zniknie. W moim mieście marsz faszystów, którzy nazywają się patriotami, rozwiązano po dosłownie kilku minutach. Z relacji mojej koleżanki, która miała problem z dotarciem do domu, bo odcinał ją od niego kordon policji: ta część marszu, która zrozumiała, co znaczy rozwiązany, rozeszła się do domów, ta która nie zrozumiała, nie wiedząc co z sobą począć, zaczęła nawalać się z policją. Śmieszno i straszno.

Czasem przypominam więc sobie, że nie żyję w fajnym kraju, ale jednak wcale nie żyje mi się w nim źle. To nie jest najgorsze miejsce do życia, a jednak są chwile, gdy dociera do ciebie, że coś tu jest nie tak. Wtedy myślisz sobie, dlaczego jeszcze nie emigrowałaś. Czytasz wpisy znajomych z facebooka, którzy w chwilach takich jak te po raz kolejny zastanawiają się nad pakowaniem walizek, bo w tym kraju istnieje już oficjalnie przyzwolenie na nienawiść. I nigdzie się nie ruszasz.

To nawet nie jest tak, że nie wyobrażasz sobie mieszkania, gdzie indziej. Wyobrażasz sobie, nawet byś chciała pomieszkać poza Polską, znasz parę fajnych miejsc. Polska nie jest jedyna i najważniejsza, to tylko kraj, da się bez niej żyć. Zniechęca cię w zasadzie tylko to, że , swoją sieć, osoby, które zajmą się kotami, gdy wyjedziesz na wakacje. Ale to wystarczy. Jesteś tu i chcesz tu żyć. Chcesz tu żyć dobrze i bez strachu. Masz do tego prawo. Tymczasem 11 listopada to taki dzień, w którym świętujemy podobno, że jesteśmy u siebie, a właśnie wtedy do poprzedniego zdania chciałoby się dopisać: jeszcze. I chcesz tym mocniej krzyczeć, że kurwa nie. Że możesz emigrować nawet na drugi koniec świata, ale nie jesteś w stanie emigrować wewnętrznie.

Oryginalne źródło: ZOBACZ
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na twitter
Udostępnij na WhatsApp

Oryginalne źródło ZOBACZ

Subskrybuj
Powiadom o

Dodaj kanał RSS

Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS

Dodaj kanał RSS
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze
Poprzedni artykułUsługi sprzątania w Gdańsku – 8 korzyści
Następny artykułGmina żydowska w Poznaniu sprzedała budynek dawnej synagogi. “Przez 17 lat nikt mi nie podał ręki”