Blue Monday bywa wyśmiewany jako marketingowy mit, ale dla wielu osób styczeń realnie wiąże się z obniżeniem nastroju, poczuciem pustki i utratą energii. Psychoanalityczka Justyna Zalewska tłumaczy, dlaczego ten czas uruchamia smutek, poczucie porażki i wewnętrzne konflikty, zamiast motywacji do zmian. W rozmowie z PolitykąZdrowotną.com opowiada, dlaczego nie warto „brać się w garść”, a zamiast tego spróbować wsłuchać się w siebie.
Blue Monday – mit marketingowy czy psychologiczna prawda?
Blue Monday, przypadający 19 stycznia, od lat funkcjonuje w przestrzeni publicznej jako „najbardziej depresyjny dzień w roku”. Choć jego geneza ma charakter marketingowy, wielu ludzi właśnie w styczniu doświadcza spadku nastroju, poczucia rozczarowania i konfrontacji z niespełnionymi noworocznymi obietnicami. O tym, co naprawdę kryje się za styczniowym smutkiem i dlaczego nie jest on oznaką słabości, opowiedziała w rozmowie z PolitykaZdrowotna.com, psychoanalityczka Justyna Zalewska.
Styczeń, smutek i przemijanie. Dlaczego po świętach przychodzi emocjonalny spadek?
PolitykaZdrowotna.com: Blue Monday bywa wyśmiewany jako marketingowy mit, a jednocześnie wielu ludzi w styczniu realnie doświadcza spadku nastroju. Jak psychoanaliza tłumaczy ten rozdźwięk między społecznym sceptycyzmem a indywidualnym doświadczeniem emocjonalnym?
Justyna Zalewska: Myślę, że to bardzo ważny temat – rozmowa o nastrojach smutku, refleksji, nostalgii. Może jest to też uwarunkowane kulturowo, ale wydaje mi się, że przede wszystkim wypływa z realnego doświadczenia ludzi. To nie jest coś wymyślonego wyłącznie w celach marketingowych. Choć oczywiście marketing może w tym uczestniczyć, to jednak te emocje mają swoje źródło w ludzkich przeżyciach. Uważam, że nastroje depresyjne można rozważać jako naturalny rytm życia. Po pewnym intensywnym, wręcz maniakalnym okresie, jakim jest grudzień – pełnym ekscytacji, przygotowań do świąt, zakupów, świateł – przychodzi moment spadku. W tym czasie ludzie są pod silnym napięciem: święta wywołują lęki i trudne uczucia, które jednak są często przytłumione ekscytacją i bodźcami z zewnątrz. Bombardowani reklamami i świąteczną atmosferą zostajemy wprawieni w stan intensywnej ekscytacji, który – moim zdaniem – nie może trwać wiecznie. Jest potwornie wyczerpujący, i naturalnie opada. Wtedy pojawia się moment kontaktu ze smutkiem, przemijaniem i pytaniami: w jakim miejscu mojego życia jestem, co jest dla mnie ważne, co daje mi poczucie bezpieczeństwa, czego naprawdę chcę.
To jest zupełnie naturalne i potrzebne. Ten czas „pustego miejsca” jest ważny – coś się skończyło, bo kończy się rok i mijają różne etapy życia. Zanim jednak coś nowego się narodzi, musi powstać przestrzeń na pożegnanie tego, co minęło. To „puste miejsce” jest trudne do zniesienia. To stan poczucia przemijalności życia, refleksji nad tym, co się udało, a co nie, co jest realistyczne, a co nie. Jest naprawdę wymagający. Pułapką jest szybkie zapełnienie tej przestrzeni czymś nowym – nowymi ekscytacjami, zakupami, relacjami. Moim zdaniem to zły kierunek. Dlatego zachęcałabym raczej do wykorzystania tego czasu na refleksję, pracę nad sobą i przewartościowanie życia. To moment, w którym warto zatrzymać się, przyjrzeć własnym emocjom i pozwolić sobie na spokojne przejście przez naturalny rytm smutku i przemijania.
Patologiczne poczucie winy i katastrofizacja
PZ: Blue Monday przypada 19 stycznia, czyli w czasie, gdy wiele osób już wie, że ich noworoczne zmiany nie idą zgodnie z planem. Jak mechanizmy nieświadome wpływają na poczucie porażki pojawiające się tak wcześnie w roku?
J.Z.: Wydaje mi się, że to bardzo ważne pytanie. I myślę, że nie dotyczy ono wyłącznie tej konkretnej daty – 19 stycznia – chociaż być może istnieją badania, które wskazują, że to właśnie ten dzień bywa najtrudniejszy. Mam jednak poczucie, że cały styczeń i luty są w roku momentami szczególnie wymagającymi. Pojawia się wtedy pytanie: po czym właściwie płaczemy, skąd bierze się ten smutek? Myślę, że w dużej mierze jest to smutek po upadku iluzji. Różnych iluzji – na przykład na własny temat. Iluzji związanych z tym, czego się po sobie spodziewałam, czego oczekiwałam od związków, od swojego życia. Następuje powrót do realności i do wielowymiarowości życia.
Chciałabym jednak skręcić w stronę momentu, w którym ten nastrój smutku zaczyna przesuwać się ku granicy katastrofizmu, martwoty, wycofania się z życia. I myślę, że bardzo silną rolę odgrywa tu to, o czym często mówię – patologiczne, karzące poczucie winy. To poczucie winy jest w istocie atakiem na siebie: na to, jaka powinnam być, jaki powinienem być. „Nie udało mi się”, „jestem nic niewarty” – takie myśli zabijają refleksję. Bo nie chodzi o to, żeby siebie obwiniać czy karać, ale raczej o to, by zastanowić się nad przeformułowaniem wartości – nad tym, co jest dla mnie naprawdę najważniejsze. Ten rodzaj ataku na siebie, chorych wymagań, dewaluowania i podważania własnej wartości, bardzo nie sprzyja temu, co nazwałabym kontaktem z własną esencją. Dla mnie Blue Monday – czy Blue Moon, czy właśnie ten symboliczny moment – jest okazją do zwrócenia się ku własnej esencji i do jej poszukiwania w życiu. Do szukania tego, co jest prawdziwą podstawą mojego istnienia.
„Weź się w garść” a zdrowie psychiczne. Dlaczego pozytywne hasła mogą szkodzić?
PZ: Blue Monday często uruchamia falę porad w stylu „weź się w garść” i „myśl pozytywnie”. Dlaczego takie komunikaty mogą pogłębiać obniżony nastrój zamiast go łagodzić?
J.Z.: Wydaje mi się, że to wynika z tego, o czym mówiłam wcześniej – z czegoś, co w psychoanalizie nazywa się archaicznym, pierwotnym superego. To uwewnętrzniona część naszej psychiki, która płynie zarówno z doświadczeń, jak i z autoagresji, często bezrefleksyjnej. Ktoś, kto naprawdę przechodzi proces transformacji, wie, jak długotrwały i trudny jest proces zmieniania siebie. A słowa typu „weź się w garść” często pochodzą z bezkrytyczności i w praktyce… wcale nie działają. To, co naprawdę działa, to raczej zwrócenie uwagi na to, co w nas wartościowe, życiodajne – na to, co możemy wesprzeć i wprawić w ruch. I właśnie w tym kontakcie z własną esencją tkwi prawdziwa siła. Tak bym to widziała.
Brak energii w styczniu zamiast smutku. Dlaczego tak nazywamy obniżony nastrój?
PZ: W styczniu częściej mówimy o „braku energii” niż o smutku czy depresji. Czy ma Pani na to jakąś radę?
J.Z.: Myślę, że to wiąże się z tym, o czym mówiłam wcześniej. Psychoanaliza nie daje prostych rad ani złotych recept – szukanie cudownego rozwiązania to kolejna iluzja. Nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi, która nagle wszystko naprawi. Dla mnie istotne jest, aby nigdy nie tracić z oczu tego, co sprawia, że czujemy się bardziej żywi. Ważne jest utrzymanie równowagi między tymi momentami smutku i przygnębienia a tym, co nas podtrzymuje i dodaje energii. Czasy mamy bardzo trudne, a ja często wracam do słów księdza Tischnera, którego bardzo cenię. Mówił on, że sposobem na zło na świecie jest pozostawać żywym, empatycznym wobec siebie i innych oraz chronić życie – swoje i cudze.
Zgłoś naruszenie/Błąd
Oryginalne źródło ZOBACZ
Pozytywnie
Neutralnie
Negatywnie
Lubię to!
Super
Ekscytujący
Ciekawy
Smieszny
Smutny
Wściekły
Przerażony
Szokujący
Wzruszający
Rozczarowany
Zaskoczony
Prawda
Manipulacja
Fake news
Dodaj kanał RSS
Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS