A A+ A++
  • Optymizm zapewnia energię na starcie, pozwala się rozpędzić. Ale długoterminowo jest kosztowny, bo nie pozwala dostrzec przeszkód i zagrożeń – mówi Marcin Ilski. Jego facebookową stronę Sceptyczni Trenerzy obserwuje ponad 30 tys. fanów
  • Przez 30 lat nam wpajano: jak ktoś szuka dziury w całym, to narzeka, demobilizuje i nie warto go słuchać. Ale sceptyk szuka tych dziur po to, aby je w porę załatano
  • Sceptyczny Trener Rozwoju Osobistego mówi Onetowi o pożytkach z bezradności w czasie pandemii, pułapkach optymizmu i proponuje refleksję zamiast działania na oślep. Według Ilskiego w dobie pandemii widać, jak fatalną strategią jest „bohaterstwo czasów kryzysu”
  • Ilski odnosi się krytycznie do szeregu rytuałów i zaklęć z dziedziny coachingu i rozwoju osobistego. – Trener czy trenerka nie może poprzestawać na pop-psychologii, bo to się kończy opowiadaniem ludziom na warsztatach bzdur – mówi Ilski

MATEUSZ ZIMMERMAN: Olbrzymie przestrzenie bezradności, jakie się przed nami wszystkimi rozpościerają – o tym pan napisał na Facebooku w pierwszych dniach przymusowej izolacji. Pomyślałem, że jak na trenera rozwoju osobistego to dość nieoczywista obserwacja.

MARCIN ILSKI: Jasne – jest w rozwoju osobistym utrwalony bardzo silny nurt, w którym bezradność to postawa niedopuszczalna, oznaka słabości. W tym nurcie powtarza się przecież kilka założeń, z którymi bezradności jest kompletnie nie po drodze: „jesteś kowalem swojego losu”, „panem swojego życia”, „wszystko w twoich rękach” itd.

Tylko że to wszystko nie działa w sytuacji, w której nie możesz wyjść z domu, a najtęższe umysły świata przyznają, że nie mają pojęcia, kiedy się to wszystko skończy i czy skończy się na dobre.

Zgrzytają też panu, zdaje mi się, te tony, które czasem teraz słychać w mediach: wirus jako szansa, izolacja jako przestrzeń do samorozwoju, otwarcie nowych horyzontów itd. – koniecznie z uśmiechem na ustach. A pan cytuje Pawła Demirskiego: „Nie mam w sobie tego optymisty, który dostając na urodziny górę końskiego gówna mówi: gdzieś tutaj musi być kucyk”.

Problem z uleganiem tzw. efektowi Polyanny to jedno. Prowadzi nas on nieraz do przyjmowania postawy proaktywnej – bardzo nie lubię tego słowa, ale go używam, bo często się pojawia w języku coachingu – co w sytuacji kryzysu czy wielkiej niewiadomej oznacza często podejmowanie działania na ślepo.

Ujawnia się tu też jeden z najważniejszych błędów poznawczych, któremu większość z nas ulega: złudzenie kontroli. Tymczasem widać jak na dłoni, że na wielki kawał rzeczywistości żadnego wpływu nie mamy.

Czyli poczucie bezradności nie jest powodem do wstydu?

Nie chodzi przecież o bezradność rozumianą jako stan stały. Mało kto z nas siedzi przecież dzień po dniu „w kącie”, płacząc i mówiąc sobie: jestem bezradny. Zresztą moment na płacz i schowanie się w kącie to też element troski o higienę psychiczną – wie to chyba każdy, kto siedzi zamknięty przez tyle dni w izolacji, obojętnie czy sam, czy z rodziną. Nie da się być cały czas „ogarniętym”, to ponad siły zdrowego człowieka.

Bezradność pozwala nam coś dostrzec i do czegoś się przyznać, zarówno przed sobą, jak i przed innymi. Po pierwsze: do niewiedzy. Nie jesteśmy epidemiologami, wirusologami, większość z nas nie posiada specjalistycznej wiedzy medycznej. Trudno nam się odnaleźć w natłoku informacji o koronawirusie, a już z pewnością nie wiemy, jakie wnioski z nich wyciągać. Godząc się z tym, wysyłamy sobie i światu pierwszy sygnał, że jesteśmy gotowi czegoś się dowiedzieć i jednocześnie podchodzić do tego krytycznie.

Po drugie: możesz, a nawet powinieneś się przyznać, że nie wszystko można zrobić samemu. Że są sytuacje, w których potrzebujesz pomocy. Możesz tę pomoc dostawać i sam jej udzielać, ludzie są zresztą gotowi pomagać częściej niż nam się zdaje. Z tego już się tworzy pewna wspólnota. No i po trzecie wreszcie: nie trzeba od razu działać.

Jeśli nie robić, to… co robić?

Moment bezradności może być też chwilą zatrzymania i refleksji – pod warunkiem, że przestaniemy się refleksji bać. Odwołam się do słów Slavoja Žižka: Don’t act – just think [nie działaj – pomyśl]. Może teraz właśnie na to jest czas.

Namysł, bezradność, wspólnota – posługuje się pan pojęciami, które z rozwojem osobistym w tym naszym późnym kapitalizmie raczej się nie kojarzą.

On nas przyzwyczaił do tej „przedsiębiorczej” narracji: nie stój w miejscu – przyj do przodu, ścigaj się na pomysły, więcej działaj – mniej myśl itd. Człowiekowi, który chce coś osiągnąć, zatrzymanie się na moment właściwie nie przystoi, refleksja kojarzy się z marnowaniem czasu i zasobów. Narracja „rób, nie filozofuj” zrobiła karierę, ramując zresztą filozofię jako dyscyplinę dla ludzi, którzy siedzą, drapią się po brodach i nic konstruktywnego z tego nie wynika.

W myśleniu systemowym, którym się zajmuje, refleksja zajmuje bardzo ważną rolę. Ona jest istotna także w zarządzaniu kryzysowym – paradoksalnie, bo przecież wydawałoby się nam, że w jakimś dramatycznym czy tragicznym momencie nie ma czasu na namysł. Działajmy, róbmy coś, szybciej! Wiadomo, nikt podczas pożaru czy powodzi nie zasiada do refleksji, nie ma na to czasu. Za to działa się wtedy na ogół na podstawie procedur, które wymyślono wcześniej, właśnie w wyniku spokojnego namysłu.

Ten zawsze wiąże się z przyjrzeniem danej sprawie w dłuższym okresie. Tylko żeby to zrobić, to trzeba myśleć długoterminowo – a system, w którym żyjemy, ma z tym problem. Każdy z nas ma jakiś deadline, każdy ma jakieś krótkoterminowe cele do osiągnięcia czy zysk do wypracowania. Karierę zrobiło powiedzenie: „w dłuższej perspektywie wszyscy będziemy martwi” – mało kto pamięta, że jego wymowa była ironiczna.

Wrócimy jeszcze do kryzysu pandemicznego, a tymczasem zahaczmy o pańską książkę. Czym jest tytułowy życzliwy sceptycyzm? To brzmi trochę jak oksymoron.

Sprzeczność jest pozorna i wynika ze stereotypowego postrzegania sceptycyzmu – wydaje się nam, że jest „chłodny”, a życzliwość kojarzy się jako „ciepła”. Kiedy słyszymy, że ktoś jest sceptykiem albo że myśli krytycznie, to przychodzi nam do głowy obraz osoby, która bez przerwy wszystko analizuje, patrzy na innych z góry, punktuje ich błędy i ciągle stawia ich przed pytaniem: jak możesz być takim idiotą?

Nic bardziej mylnego. Chodzi tylko o to, by lepiej zrozumieć siebie i innych ludzi. W dużej mierze chodzi o automatyzmy i ukryte motywacje, które kierują naszymi wyborami i zachowaniami, zwłaszcza w sytuacjach lęku i napięcia. „Życzliwy sceptycyzm” to coś w rodzaju nienaukowego przewodnika po tych mechanizmach. Trzeba spróbować się przyjrzeć pod tym względem przede wszystkim sobie.

Bo nikt z nas nie jest od tego wolny?

Właśnie. A kiedy już się czegoś dowiemy na temat tego, jak nasz własny mózg ramuje sobie różne wycinki świata, możemy z większym zrozumieniem podejść do działań innych ludzi.

Nie dostrzegamy w nich wtedy złej woli, nie sądzimy pochopnie, że chcą nas skrzywdzić. Weźmy ludzi, którzy próbują interpretować pandemię poprzez teorie spiskowe, takie jak ta, że koronawirusa wymyślił Bill Gates albo że jest on rozsiewany przez nadajniki sieci 5G. Albo te wszystkie porady: będziesz mniej narażony na zakażenie, jeśli masz psa albo stosujesz tę a nie inną dietę. Staram się nie postrzegać tego w kategoriach głupoty, tylko błędów poznawczych – uruchamiamy różne automatyzmy, kiedy zmagamy się z silnym lękiem albo próbujemy gdzieś odnaleźć nadzieję.

Inni ludzie czasem poruszają się po prostu po innych „mapach rzeczywistości” niż my. Im więcej z tego rozumiemy u siebie, tym więcej – u innych. I wtedy możemy łatwiej wyjaśniać nieporozumienia albo i kończyć jaką relację, jeśli trzeba, bez obrażania się na siebie czy co gorsza przemocy.

Mówi pan też w tej książce o „optymizmie działania i pesymizmie umysłu”.

Znów: o optymizmie i pesymizmie mówi się często w kategoriach wyboru pewnej postawy czy stałej cechy ludzkiej osobowości. Czyli: jesteś optymistą lub pesymistą, albo-albo. Otóż nie – twierdzę, że te dwa nastawienia mogą się ze sobą świetnie dogadywać i uzupełniać.

Optymizm zapewnia energię na starcie, pozwala się rozpędzić i dodaje nadziei. Nie sposób bez niego ruszyć z jakimś projektem, zwłaszcza dużym. Nie namawiam nikogo, by z takiego optymizmu rezygnował albo go lekceważył…

Czyli teraz będzie jakieś „ale”…

Będzie. Nie mniej ważna jest gotowość do weryfikacji, do zapytania: dokąd nas to napędzone optymizmem działanie prowadzi? Daniel Kahneman [noblista, autor m.in. książki „Pułapki myślenia” – przyp. MZ] twierdzi wręcz, że optymizm długoterminowy jest kosztowny, bo nie pozwala dostrzec przeszkód i zagrożeń dla przedsięwzięcia – a skoro ich nie dostrzegamy, to nie zastanawiamy się też, jak ich uniknąć.

Jeśli podejmujemy jakieś długofalowe przedsięwzięcie, dla jego dobra lepiej jest dokonywać jego analizy pre mortem, a nie post mortem. A więc siadamy i zastanawiamy się: co może pójść nie tak? jakie problemy możemy napotkać? jak będziemy mogli zareagować, jeśli za rok przyjdzie epidemia? – i tak dalej.

Niejeden rodzimy mag coachingu i rozwoju osobistego powiedziałby, że to czarnowidztwo, szukanie dziury w całym.

To nam też przez 30 lat wpajano: jak ktoś te dziury umie zauważyć, to jest pesymistą i nie warto go słuchać, bo narzeka i tylko nas zdemobilizuje. No nie – projekt nie jest „cały”, jeśli ktoś znajduje w nim dziurę. I szuka jej przecież po to, aby ją w porę załatano, a nie żeby cały projekt zdyskredytować i wyrzucić do kosza.

To oznacza na przykład, że kiedy państwo przygotowuje procedury na wypadek epidemii, to ktoś w sztabie kryzysowym powinien zadać parę kontrolnych pytań. A jeśli część obywateli nie będzie chciała w czasie epidemii iść do pracy – ze strachu? A jeśli dlatego, że nie będą mieli z kim zostawić dzieci? A jeśli będą się zakażać lekarze?

Jeśli państwo oczekuje od kogoś, by w takim czasie pracował intensywnie „na pierwszej linii”, to powinno przygotować mu takie zaplecze, by mógł to robić w sposób bezpieczny dla siebie i innych. Ale to zaplecze przygotowuje się wcześniej. Albo i nie – jeśli sceptyków albo nie słuchamy, albo oni wręcz boją się mówić, bo słyszą, że trzeba robić, nie narzekać i że teraz potrzeba nam optymizmu.

O ile wiem, pan pracuje jako trener rozwoju osobistego od kilkunastu lat. Zakładam, że nie od razu zaczął pan podważać jego katechizm.

Przez pierwszych parę lat w branży robiłem rzeczy, do których nie zawsze miałem przekonanie. Jakoś sobie to uzasadniałem różnymi argumentami: że robią tak mądrzejsi ode mnie, że robią tak inni trenerzy i inne trenerki, że właśnie tego chcą zleceniodawcy – a ja muszę się w to wpasować. Tak czy inaczej próbowałem sprawdzać, czy dla mojego nieco odrębnego modelu też jest w tym miejsce.

Pięć czy siedem lat to trwało. Doszło po drodze do paru innych ważnych zmian w moim życiu i w końcu musiałem się przejrzeć w lustrze i przyznać – rzecz jasna nie z dnia na dzień – że nie mam siły ani ochoty robić szkoleń czy warsztatów tak, jak „mówi rynek”, opowiadać ludziom wszystkich tych rzeczy, w które nie wierzyłem. A jednocześnie widziałem, że inne spojrzenie jest na tym rynku potrzebne.

I powstali Smutni Trenerzy Rozwoju Osobistego?

Trochę spontanicznie, z początku jako fanpage ze śmiesznymi rysunkami. Kiedy zacząłem myśleć o własnych warsztatach, to, co miałem do zaproponowania, nie było, delikatnie mówiąc, popularne. Tak więc był to ryzykowny ruch i przez dłuższy czas wcale nie miałem pewności, czy właściwy. Albo raczej: wiedza i przekonania mówiły mi, że tak – ale neoliberalne realia mówiły, że trzeba mieć na rachunki.

Wielu moich znajomych z branży właśnie z tego powodu przyjmuje zlecenia, które prywatnie uważają za wstrętne. Słyszałem, jak ludzie przy herbacie czy piwie mówią o moich pomysłach: „dziwne, ciekawe, w sumie się zgadzam, ale biznes tego nie kupi”. Był taki czas, że na moim koncie zaczął się co jakiś czas pojawiać przelew na 50 zł – od mojej serdecznej koleżanki. Kiedy zapytałem, o co chodzi, powiedziała, że próbuje w ten sposób zagłuszyć sumienie, bo sama znów musiała prowadzić szkolenie dla jakichś menedżerów i opowiadać im głupoty [śmiech].

Płaciłem więc pewną cenę za ryzyko obrania tego kierunku, tym bardziej jako freelancer. Przy czym zaznaczam: nie chcę się tutaj kreować na bohatera. Dziś już rynek się poszerzył – popularność takich pomysłów jak moje jest nieco większa i mam pewną nadzieję, że po kryzysie pandemicznym duzi gracze biznesowi jeszcze bardziej się pod tym względem otworzą. Ale nie mam oczekiwania, że myślenie systemowe stanie się zaraz new black i wszyscy będą się chcieli nim zajmować.

I w pańskiej książce, i w tym, co pisze pan w tych dniach na Facebooku, sporo jest kontestacji połączonej z pokorą. Z czego pan sobie to ukuł?

Mam za sobą parę alternatywnych życiowych „ról”: byłem punkowcem, zapiewajłą w klubie kibica, wierzyłem też w new age i nawet podzielałem wiarę w niektóre teorie spiskowe – „wyleczyłem się” z tego, ale dało mi to pewien wgląd w to, jak myślą różni antysystemowcy i co w tym znajdują.

Kiedy już zacząłem się zajmować treningiem rozwoju osobistego, to po prostu nie byłem w stanie czytać książek z tej dziedziny. Były koszmarnie napisane, a ja byłem wychowany na zbyt dobrej literaturze. Sam zacząłem się odwoływać do lektur filozoficznych, ekonomicznych czy socjologicznych – uważam, że trener czy trenerka musi czytać, nie może poprzestawać na pop-psychologii, bo to się kończy opowiadaniem ludziom na warsztatach bzdur. Na przykład takich, że za pieniądze firmy wciskamy im do głów, jak mają „lepiej zarządzać sobą w czasie”, podczas gdy w istocie ta firma obarcza ich zbyt szerokimi obowiązkami i powinna ich odciążyć, zatrudniając więcej osób.

Zderzam się czasem z pytaniami o myślenie krytyczne: „Po co mi ta wiedza, po co mam być tego świadomy? I tak nie mam na to wpływu, będę się tylko gorzej czuć”. Otóż nie – sam sobie jestem przykładem, że ta wiedza obniża podatność na lęki, pozwala sobie lepiej radzić z konfliktami i po prostu poprawia życiowy dobrostan. Choć może warto zastrzec, że niekoniecznie finansowy, jeśli ktoś akurat takimi motywacjami się kieruje.

W „Życzliwym sceptycyzmie” napisał pan m.in. o szkodliwym archetypie bohaterstwa czasów kryzysu. Książkę ukończył pan jeszcze przed wybuchem pandemii – ale te fragmenty wybrzmiewają dziś jakby mocniej.

W izolacji staram się ze spokojem selekcjonować newsy i nie ulegać emocjom, ale poruszyła mnie historia o pewnym polskim lekarzu, który opiekował się zakażonymi i sam w końcu złapał koronawirusa. Uparł się, że nie opuści pacjentów mimo 41 stopni gorączki, aż skończyło się to stanem ciężkim. Od razu pojawiły się komentarze w tonie: „bohater, nie opuścił swojego stanowiska”.

I co z tą opowieścią nie tak?

Nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakbym lekceważył poświęcenie tego człowieka czy uważał go za głupca. Przede wszystkim głęboko współczuję jemu i jego rodzinie. Tylko że ta historia jest przykładem właśnie bohaterstwa czasów kryzysu – czyli skutkiem fatalnej moim zdaniem strategii.

Wspólnota nie powinna się organizować na takich fundamentach, że jak wszystko idzie dobrze, to jakoś tam sobie lepiej lub gorzej radzimy, a jak przychodzi kryzys, to szukamy bohaterów. Teraz w czasie epidemii dopisujemy kolejny rozdział do mitu o tym, jak to Polacy w sytuacji zagrożenia potrafią się mobilizować do granic heroizmu. Tymczasem mówimy o systemowych problemach – za mało jest testów, za mało jest lekarzy, oni mają za mało środków ochrony osobistej, szpitale są niedoposażone itd. Można to skompensować czyimś bohaterstwem tylko na krótką metę.

Przecież gdyby sensowne procedury zadziałały, to ten lekarz zostałby odsunięty od pracy i nie narażał ani siebie, ani innych. Życzę mu, żeby z tego wyszedł, ale wolałbym – i pewnie on też – żeby nie musiał kandydować na bohatera, tylko żeby tacy ludzie jak on mogli wykonywać swoją pracę w możliwe najbezpieczniejszych warunkach. W Polsce kończy się to tak, że stawiamy bohaterowi pomnik, a potem – zamiast dążyć do procedur, które następnym razem uczynią takie bohaterstwo niekoniecznym – zakładamy po cichu, że jakiś kolejny kryzys nie nastąpi.

To już wiemy: kryzys następuje.

No i znów liczymy, że pojawią się kolejni bohaterowie i sprawę załatwią.

*Marcin Ilski – trener kompetencji społecznych, rozwoju osobistego i biznesu. Szkoli i prowadzi spotkania indywidualne od 18 lat. Antropolog i badacz zachowań społecznych, również w ujęciu międzykulturowym. Prezes fundacji „Polska Myśląca”. Pomysłodawca i twórca najpierw fanpage’u, a później kolektywu szkoleniowego Smutni Trenerzy Rozwoju Osobistego (potem: Sceptyczni Trenerzy). Na przełomie kwietnia i maja ukazuje się jego książka „Życzliwy sceptycyzm. Poradnik użytkownika” (wydawnictwo Onepress).

Oryginalne źródło: ZOBACZ
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na twitter
Udostępnij na WhatsApp

Dodaj kanał RSS

Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS

Dodaj kanał RSS
Poprzedni artykułWiosenna Małgorzata Rozenek i Radosław Majdan zmierzają do lekarza. Gwiazda postawiła na króciutką sukienkę
Następny artykułKran przy Blichu pozostanie nieczynny