A A+ A++

Damian Cygan: Prezydent Andrzej Duda powołał w piątek drugi rząd Mateusza Morawieckiego. Czym, prócz personaliów, różni się ten gabinet od poprzedniego?

Kazimierz Kik: Po pierwsze, skład tego rządu wskazuje na jego priorytety, czyli gospodarka i finanse, co bezpośrednio ma w swoich rękach premier Mateusz Morawiecki i jego zaufany współpracownik Tadeusz Kościński (minister finansów – red.). Po drugie, Unia Europejska. Premier wyodrębnił stanowisko ministra ds. europejskich i włączył pod swój bezpośredni nadzór. To wszystko oznacza, że gospodarka, finanse i UE będą priorytetem tego rządu. Moim zdaniem Morawiecki będzie dążył do uregulowania stosunków z Unią, co bezpośrednio przełoży się na sytuację gospodarczą i finansową Polski, choćby w sprawie funduszy strukturalnych. Krótko mówiąc, będzie próba wygaszania konfliktów i nieporozumień na linii Warszawa–Bruksela. Ale jest jeszcze inna, istotna sprawa.

Mianowicie?

W tym rządzie po raz pierwszy rośnie liczba nie-polityków na stanowiskach ministerialnych, a ekspertów. To są ludzie, którzy koncentrują się na efektach, a nie na ideologii. Jeżeli przyjrzymy się reformom przeprowadzanym w różnych sektorach państwa, to widać, że tam, gdzie przeprowadzają je eksperci, mamy sukcesy. Natomiast w tych miejscach, gdzie reformy podejmują ministrowie-politycy, mamy kontrowersje. Nie mówię, że niesłusznie, bo np. reforma sądownictwa jest konieczna, natomiast chodzi o sposób jej wykonania. Tak samo reforma edukacji i szkolnictwa wyższego. Także tendencja premiera Morawieckiego, żeby w rządzie zwiększać ilość ekspertów kosztem polityków, to w mojej ocenie dobry kierunek. Jednak jest też jeden niepokojący element.

Jaki?

Przez pierwsze cztery lata rządów Zjednoczonej Prawicy obiecano bardzo dużo. Teraz przyszła kadencja “sprawdzam”. Zresztą sam Jarosław Kaczyński powiedział, że może nas czekać spowolnienie gospodarcze, żeby nie nazwać “kryzys”. W związku z tym obiecywać trzeba teraz bardzo ostrożnie, bo wszyscy wiedzą, że niebawem nadejdą ogromne podwyżki, przede wszystkim cen prądu, ale i wywózki śmieci, o papierosach i alkoholu już nie wspominając. Połączenie ze sobą tych dwóch perspektyw, czyli spowolnienia i podwyżek z obietnicami, będzie niebezpieczne. Bo to, co “dadzą”, może się zdezawuować, a wtedy zaufanie do obiecujących spadnie.

Myśli pan, że Lewica naprawdę może poprzeć projekt PiS dotyczący zniesienia limitu 30-krotności składek ZUS?

Jeżeli Lewica będzie prawdziwą lewicą, powinna poprzeć, bo to jest w dużym stopniu element socjalny. Ponieważ dla niektórych oznacza to podwyżki na ZUS, powinno temu towarzyszyć uregulowanie spraw systemu emerytalnego. Trzeba stworzyć system jednolity wewnętrznie. O tym mówi się od dawna, ale rząd nie potrafi albo nie chce naruszyć interesów bardzo ważnych grup społecznych, takich jak policja, rolnicy, prokuratorzy czy sędziowie. Oni wszyscy mają inne emerytury. Gdyby to ujednolicić, nie byłoby deficytu w funduszu emerytalnym.

Czy nie będzie tak, że jeśli Lewica poprze PiS, a Porozumienie Jarosława Gowina nie, to na partię rządzącą spadnie krytyka o “układanie się z postkomunistami”, żeby tylko przepchnąć swoje?

Politycy Prawa i Sprawiedliwość muszą zadać sobie pytanie, dzięki komu są u władzy: czy dzięki elektoratowi prawicowemu czy socjalnemu? I tak prawdę mówiąc to dzięki socjalnemu, bo tradycyjny elektorat PiS, czyli dawne PC, nie przekracza 20 proc. Natomiast w przypadku 30-krotności ZUS liczy się skuteczność. Ostatecznie to nie PiS poprze program SLD, tylko SLD PiS. I wiadomo, że przeciwnicy Kaczyńskiego zawsze będą coś mówić, ale liczą się interesy. Póki elektorat socjalny będzie w kręgu oddziaływania Prawa i Sprawiedliwości, to utrata władzy mu nie grozi. Natomiast jeśli ten sam elektorat poczuje, że PiS niekoniecznie działa w jego interesie, wtedy wszystkie drogi są otwarte.

Na koniec: czy jest możliwa merytoryczna współpraca Sejmu z Senatem, tak jak deklaruje nowy marszałek Tomasz Grodzki?

Jest możliwa. Dobra współpraca Senatu z większością rządzącą byłaby odwróceniem zasady totalnej opozycji. Nie trzeba przecież popierać wszystkiego, co proponuje PiS. Chodzi o konstruktywną współpracę. Może wtedy wreszcie nastąpiłaby zmiana na polskiej scenie politycznej. Demokracja to zdolność do dialogu i współpracy, a nie śmiertelne zwalczanie się dwóch czy trzech obozów. W tej chwili polska demokracja jest w błędnym zaułku, bo mamy dwa oddziały pospolitego ruszenia, które próbują wzajemnie się pokonać. Tymczasem prawdziwa demokracja oznacza zdolność rozpoznania dobra wspólnego i próby szukania kompromisu. Raz jest to z korzyścią dla jednej strony, innym razem dla drugiej, ale w sumie ma być z korzyścią dla Polaków.

Oryginalne źródło: ZOBACZ
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na twitter
Udostępnij na WhatsApp

Oryginalne źródło ZOBACZ

Subskrybuj
Powiadom o

Dodaj kanał RSS

Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS

Dodaj kanał RSS
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze
Poprzedni artykułSkandal w trakcie meczu Izrael – Polska. Kibice na murawie, ochroniarz staranował Tomasza Kędziorę
Następny artykułŻyć aż do bólu. Recenzja filmu “Proceder”