Polak rozchwytywany w Chile. “Ludzie do mnie krzyczeli, machali”
Freestyle MTB to odmiana kolarstwa, która zyskuje na popularności na całym świecie. Jest też wymieniana w kontekście dołączenia do programu igrzysk olimpijskich. Prym wiedzie w niej Szymon Godziek. – Żyję swoim marzeniem – mówi nam Polak.
Szymon Godziek w idealnym stylu rozpoczął sezon 2026. Wygrał zawody Freeride Fiesta w Meksyku oraz Todo o Nada w Chile. To wszystko ledwie kilka miesięcy po tym, jak w październiku podczas prestiżowego Red Bull Rampage w amerykańskim stanie Utah zanotował groźnie wyglądający upadek.
Obecnie 34-latek z Suszca przebywa w Nowej Zelandii, gdzie szykuje się do kolejnej prestiżowej imprezy – Natural Selection Bike. W rozmowie z WP SportoweFakty opowiada o tym, jak jego ukochana dyscyplina zyskuje na popularności, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej. Na ulicach Santiago polski kolarz jest bardziej rozpoznawalny niż w ojczyźnie.
ZOBACZ WIDEO: Pracował z Mrozkiem. Teraz wyjawia, co prezes ROW-u robi źle
Freestyle MTB ma też ciemną stronę. Podczas październikowego Red Bull Rampage wskutek upadku Adolf Silva złamał kręgosłup i porusza się na wózku inwalidzkim (materiał o Hiszpanie przeczytasz TUTAJ). – Nikt nam nic nie każe – w ten sposób Godziek odpowiada krytykom, którzy zaczęli mówić o zakazie organizacji tego typu zawodów.
Łukasz Kuczera, WP SportoweFakty: Masz za sobą zwycięstwa w Freeride Fiesta w Meksyku oraz Todo o Nada w Chile. Na czym polegają te zawody?
Szymon Godziek, zawodnik freestyle MTB: To są zupełnie inne zawody, niż znany szerzej Red Bull Rampage, gdzie zawodnicy sami planują sobie trasę wykutą w górach stanu Utah. Nie ma tutaj dwóch przejazdów ocenianych przez sędziów. Za to jesteśmy na miejscu przez tydzień i można wygrać jedną z nagród. Zarówno w Meksyku, jak i w Chile wygrałem w kategorii “Best Line”. Polega ona na tym, że na całej trasie wykonuje się jeden przejazd z trikami i wykonuje je na największej przeszkodzie.
To jest bardzo luźny temat. Każdy robi, to co chce. Ogranicza cię wyobraźnia. Nawet w Polsce pojawiają się już takie imprezy, jak chociażby w Kudowie-Zdroju. W tym roku planujemy wznieść się na wyższy poziom. Mogę zdradzić, że zawody odbędą się pod koniec sierpnia. Będzie nieco bardziej na poważnie, będą trzy nagrody, ale będzie też dzień specjalny z rywalizacją łeb w łeb w systemie pucharowym. Zawodnicy będą się ścigać, wykonując triki, a my będziemy oceniać przy tym również styl.
W ostatnim Red Bull Rampage miałeś wypadek. Inny z zawodników, Adolf Silva, złamał kręgosłup i znalazł się na wózku. Zwycięstwa w Meksyku i Chile to dowód, że przetrawiłeś ten upadek?
Na szczęście nic mi się nie stało. Już po trzech tygodniach od wypadku jeździłem w Polsce w tym zimnie. Jestem teraz w dobrej formie, zresztą na Rampage też byłem. Miałem jednak trochę problemów podczas przejazdu, co poskutkowało błędem, źle dobraną prędkością i wywrotką. Miałem ogrom farta, ale też nie odczułem jakiegoś rysu na psychice. Cały grudzień przesiedziałem w Chile, trenując i przygotowując się do zawodów w Nowej Zelandii, które już w lutym.
Rozmawiamy, gdy jesteś w Nowej Zelandii. Do jakich zawodów się szykujesz?
Natural Selection Bike. To są bardzo poważne zawody w naszym świecie, niemal tej samej rangi co Red Bull Rampage. Są nowością. W zeszłym roku je wygrałem, więc teraz bronię tytułu. Jestem w świetnej formie, co udowodniłem w Meksyku i Chile. Potraktowałem tamte imprezy jako przygotowanie do startu w Nowej Zelandii.
Zawody w Nowej Zelandii są specyficzne. Mamy dwa przejazdy, oceniane przez sędziów. Jeśli spadnie ci noga z pedała albo się wywrócisz, nie masz szans na podium. Jeździmy po dwóch różnych trasach – na dużej z większymi przeszkodami i małej z mniejszymi. To jest nietypowe, bo przez całą karierę, jeśli miałem dwa przejazdy w zawodach, to na identycznej trasie. Mogłem zaryzykować, bo zawsze była możliwość poprawki podczas drugiej próby. Tu tego nie ma.
Wracając do Rampage, pojawiła się spora krytyka, zwłaszcza w związku ze złamanym kręgosłupem Adolfa Silvy, że powinno się zakazać takich zawodów.
Nikt nam nic nie każe. Sami decydujemy, co robimy. Każdy ma swoje aspiracje i chce podnosić swój poziom. Red Bull Rampage jest świetną okazją ku temu. Gdy masz do wykonania coś ryzykownego, to nigdy nie zrobisz tego na treningu. Muszą to być zawody, gdy oglądają cię ludzie, gdy możesz coś wygrać.
Szarpnąłem się na skomplikowany trik i pojawił się upadek. Tak samo Adolf. On długo przed zawodami zdecydował, że spróbuje zrobić to, co zrobił. Oboje byliśmy gotowi ponieść ryzyko. W przypadku Adolfa skończyło się to niefortunnie.
Czy MTB freestyle zyskuje na popularności?
Tak. Zwłaszcza w krajach Ameryki Łacińskiej. Tutaj nasza dyscyplina jest bardzo popularna, również tradycyjne MTB. Mają ku temu warunki, więc jeżdżą na rowerach w górach. Obserwuję dyscyplinę od lat i widzę, jak ta baza fanów rośnie. Na moim Instagramie mam najwięcej wejść z Polski, a następnie z Chile.
W Chile jestem bardziej rozpoznawalny niż w Polsce. U nas nikt nie rozpoznaje mnie na ulicy, nie zaczepia. W Santiago jechałem autem i ludzie do mnie krzyczeli, machali. Wierzę, że w Polsce będziemy coraz lepiej pod tym względem, m.in. za sprawą eventu w Kudowie-Zdroju.
Masz 34 lata. Jak długa jest “data przydatności” w waszym sporcie?
Ona się przesuwa. Co chwilę pojawia się ktoś, kto nie przestaje trenować i wydłuża karierę. Nie jestem najstarszy w tym świecie. Odkąd skończyłem 30 lat, zacząłem planować swoje życie. Wcześniej tego nie robiłem. Myślę, że mam jeszcze przed sobą z pięć lat startów na rowerze. W tym momencie jestem w życiowej formie i oby ona się utrzymała jak najdłużej.
Zacząłeś też trenować na motocyklu. To jest plan na życie po rowerze?
Tak. To, co sobie założyłem, robię małymi kroczkami. Mam już za sobą pierwsze pokazy na motocyklach, szykują się kolejne – choćby Freestyle Heroes 22 lutego w Szczecinie. Później mam występy w Gdańsku, Gliwicach. Na motocyklu mogę “fruwać” do 50-tki. Upadki z niego mniej bolą, jest też mniejsze ryzyko poważnych urazów.
Trudniej o triki na rowerze, czy na motocyklu?
Mam za sobą wiele lat pokazów i myślałem, że wsiądę na crossówkę i będę w stanie zrobić wszystko. Pomyliłem się. Jest inaczej ze względu na silnik. Jest inna technika skakania, bo masz pod ręką manetkę gazu. Wiele zależy od tego, jak nią operujesz. Zajęło mi sporo czasu, aby się przestawić. Dopiero teraz czuję, że mam kontrolę nad maszyną i robię to, co wcześniej na rowerze. Motocykl waży 120 kg i dzięki temu jest stabilny w locie. Praktycznie się na nim nie wywracam, a na rowerze co chwilę.
Kiedyś mówiłeś mi, że rodzina nie chciała, abyś szedł w kolarstwo, że lepiej abyś poszukał “normalnej” pracy. Teraz żyjesz swoim marzeniem?
Nigdy nie zakładałem, że moje życie się tak potoczy. Gdy zaczynałem treningi na skoczniach utworzonych wokół domu, to miałem marzenie, by po prostu startować w zawodach. Tymczasem latam po całym świecie, daję pokazy. Cieszę się, to jest praca moich marzeń. Gdy mam zły dzień, to przypominam sobie, że o tym marzyłem. Nie ma co marudzić, tylko trzeba iść jeździć, trenować i próbować czegoś nowego.
Coraz większą popularność zdobywają rowery elektryczne. One wkraczają też do freestyle MTB?
Sam w Chile zrobiłem mini projekt ze Specialized. Złożyłem “elektryka”, na którym mogłem tam skakać na każdej skoczni. Wyszło efektownie. Gdy masz normalny rower, przejeżdżasz trasę i musisz sam wchodzić z powrotem na górę albo czekasz na podwózkę autem. Mając rower elektryczny, możesz sam wjechać na szczyt. W marcu chcę skakać na największych skoczniach w RPA właśnie na “elektryku”. To zdziwi scenę rowerową na świecie.
Od kilku lat mówi się, że freestyle MTB może zostać dyscypliną olimpijską. Coś ruszyło w tym temacie?
Chciałbym, aby do tego doszło, ale nie mam żadnych nowych wieści. Jeśli to się wydarzy w ciągu kilku lat, to może sam skuszę się na występ na igrzyskach. Bardziej prawdopodobne jest umieszczenie w programie igrzysk slopestyle’u, w którym rywalizuje mój brat Dawid. Ja z nim skończyłem, ale dla igrzysk mógłbym wrócić.
Poziom w naszej dyscyplinie rośnie tak szybko, że gdyby dotarła na igrzyska, to mielibyśmy powtórkę ze świata BMX-ów. Gdy one weszły na IO, to konkurencja wzniosła się na kosmiczny poziom. Zawodnicy zaczęli trenować jak roboty.
Jakiej klasy rower jest potrzebny, aby zacząć przygodę z freestyle MTB?
Myślę, że taki za 5 tys. zł wystarczy, aby spróbować swoich sił. Wszystko zależy od tego, gdzie chcemy jeździć. Jeśli w górach, to potrzebujemy roweru z pełnym zawieszeniem, czyli amortyzatorami z przodu i tyłu. Wtedy trzeba przygotować z 10 tys. zł. On na szczęście nie niszczy się tak szybko. Sam korzystam z najlepszego sprzętu, ale nawet nie wiem, ile kosztuje, bo od kilkunastu lat nie wydałem złotówki na rowery. Zakładam, że mój sprzęt jest za jakieś 20-30 tys. zł.
Z bratem zaczynaliśmy jednak na rowerach za 1-2 tys. zł. Składaliśmy sprzęt z czegokolwiek, bo nie mieliśmy pieniędzy ani dostępności części. Tak naprawdę znaczenie ma liczba godzin spędzonych na rowerze.
Rozmawiał Łukasz Kuczera, dziennikarz WP SportoweFakty
Zgłoś naruszenie/Błąd
Oryginalne źródło ZOBACZ
Pozytywnie
Neutralnie
Negatywnie
Lubię to!
Super
Ekscytujący
Ciekawy
Smieszny
Smutny
Wściekły
Przerażony
Szokujący
Wzruszający
Rozczarowany
Zaskoczony
Prawda
Manipulacja
Fake news
Dodaj kanał RSS
Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS