-
Rosnąca automatyzacja pracy poprzez roboty i sztuczną inteligencję wpływa na zatrudnienie, strukturę dochodów oraz produktywność, prowadząc do ryzyka masowego bezrobocia.
-
Eksperci proponują wprowadzenie podatku od pracy maszyn na poziomie pensji minimalnej, który mógłby stanowić podstawę do wypłaty bezwarunkowego dochodu podstawowego.
-
Część firm traktuje AI i automatyzację jako wsparcie dla zespołu oraz okazję do przekwalifikowania pracowników, a nie jako powód do ich zwolnień.
-
Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
AI i roboty zwolnią ludzi z przymusu pracy?
W debacie publicznej coraz głośniej wybrzmiewają głosy sugerujące, że konieczność pracy w celu przetrwania nie jest prawem natury, lecz umową społeczną, którą można renegocjować. Postępująca automatyzacja pracy dzięki robotom i sztucznej inteligencji może wyzwolić ludzkość spod przymusu pracy, by zapewnić sobie życie na godnym poziomie. Niedawno pisał o tym CEO OpenAI, Sam Altman. Prognozował on, że po burzliwym okresie, który można nazwać transformacją gospodarczą, technologia ostatecznie zapewni ludziom dobrobyt, a to, czy będą chcieli ciężko (lub w ogóle) pracować, będzie zależeć tylko od nich.
Futurystyczna wizja ekonomii post-niedoborowej czy też gospodarki obfitości (ang. post-scarcity economy) zakłada, że maszyny, w tym te samoreplikujące się, będą produkowały takie ilości dóbr konsumpcyjnych, że wystarczy ich dla każdego, a ludzka praca najemna stanie się zbędna, choć nie zabroniona. Chętni będą mogli pracować dalej w celach samorealizacji lub adresowania obszarów, w których maszyny będą niedomagać. Brzmi jak technoutopia, ale jest to otwarcie deklarowany plan OpenAI, obecnie największego giganta sztucznej inteligencji, który ma dużą szansę jako pierwszy stworzyć AGI, a następnie iść jeszcze dalej w kierunku technologicznej osobliwości.
Dalekosiężne plany mogą brzmieć zachęcająco, ale zanim maszyny stworzą nam technologiczne El Dorado, może dojść do gwałtownych zawirowań w strukturze dochodów i zatrudnienia. Technologiczną egalitarność, o ile w ogóle do niej dojdzie, poprzedzać będzie elitarne podejście korporacji, czyli scenariusz, w którym niewielka grupa ludzi czerpie zyski z AI, a resztę czeka wielka niewiadoma. Taki układ nie może trwać zbyt długo. Gdy ludzie przestaną pracować, nie będą też mieli środków na kupowanie dóbr i usług od tych firm. Chyba że właśnie będą mieli.
Pensja minimalna za pracę robota. Ograniczy bezrobocie?
Zawirowania, o których mówił Sam Altman, to kwestia najbliższych kilku albo kilkunastu lat. Jak twierdzi przedsiębiorca technologiczny Charles Radclyffe, politycy są kompletnie nieprzygotowani na tempo zmian, jakie AI już teraz wprowadza w miejscach pracy. Jego zdaniem konieczne jest wprowadzenie opłat dla firm korzystających z tej technologii, co mogłoby ograniczyć skalę masowych zwolnień.
Radclyffe, stojący na czele walijskiej firmy tworzącej oprogramowanie agentyczne, wykonujące zadania biurowe w kilka sekund, uważa, że decydenci nie rozumieją skali nadchodzącego wyzwania. Proponuje on wprowadzenie mechanizmu podatkowego, który nazywa “pensją minimalną” (ang. “minimum wage”) dla robotów. Nie otrzymywałyby jej rzecz jasna maszyny, lecz potencjalnie zwolnieni pracownicy bądź całe społeczeństwo. Taka dźwignia finansowa pozwoliłaby rządowi na interwencję i spowolnienie adopcji technologii tam, gdzie uderza ona najmocniej w zasoby ludzkie.
Skala efektywności nowych narzędzi jest wręcz porażająca. Zadania związane z wprowadzaniem danych do arkuszy kalkulacyjnych, które niegdyś zajmowały pracownikowi 2 tygodnie, teraz są realizowane w zaledwie 20 sekund. Nic więc dziwnego, że wiele firm woli zwolnić pracownika i “zatrudnić” agenta AI za promil kosztów. Podobnie jest z robotami, których twórcy chwalą się, że są tańsze niż ludzie, mogą pracować bezustannie, nie chroni ich kodeks pracy, nie biorą urlopów i nie oczekują zapłaty. Jak wpłynie to na gospodarkę, gdy wskutek takich “modernizacji” dojdzie do dwucyfrowej stopy bezrobocia? Krótkowzroczne przedsiębiorstwa zdają się o to nie dbać.
Sytuacji na rynku pracy nie poprawia bynajmniej to, że wiele firm zapowiadających masowe zwolnienia jest notowanych na giełdzie. Ich model funkcjonowania jest zorientowany na maksymalizację zysków dla udziałowców. Od tego uzależnione jest też wynagrodzenie CEO, dlatego prowadzą oni firmy w ten sposób nawet kosztem długoterminowej porażki. Fale zwolnień obejmujące tysiące ludzi planują m.in. Meta, Amazon czy Microsoft.
-
Bezrobocie, ale z robotami. Amazon odtrąbił wielki sukces, szykując zwolnienia
-
Amazon ostrzega przed masową utratą miejsc pracy przez AI
Kto popiera bezwarunkowy dochód podstawowy?
Choć obecnie wiele korporacji nie redukuje jeszcze zatrudnienia w sposób drastyczny, proces ten objawia się poprzez wstrzymanie nowych rekrutacji. Charles Radclyffe z firmy rozwijającej agenty AI zwraca uwagę na bezpośrednią korelację między fakturami wystawianymi przez jego firmę a znikającymi etatami. “Za każdym razem, gdy wystawiamy rachunek [za miesiąc pracy AI], jest to etat wyjęty z gospodarki i przerzucony do centrum danych”. Firma obawia się, że bez szybkiej reakcji ze strony rządu zwłaszcza pracownicy biurowi w dużych miastach znajdą się “na linii ognia AI”. Może to doprowadzić do sytuacji, w której całe grupy społeczne pozostaną bez pracy do końca życia.
Proponowane przez Radclyffe’a “wynagrodzenie minimalne” za pracę maszyn jest praktycznie tożsame z opodatkowaniem pracy maszyn, postulowanym przez zwolenników bezwarunkowego dochodu podstawowego. Koncepcja tego świadczenia, wypłacanego każdemu bez wyjątku, zdaniem niektórych krytyków jest socjalistyczna i utopijna (za absurdalną uważa ją np. Sławomir Mentzen), jednak popierają ją nie tylko naukowcy i ekonomiści, ale też dyrektorzy generalni największych big techów, czyli firm, które w kapitalizmie osiągają największe zyski.
Universal Basic income (UBI) poparli m.in. Sam Altman – CEO OpenAI, Tim Cook – CEO Apple, Jeff Bezos – były CEO Amazon, Bill Gates – były CEO Microsoft, Larry Page – były CEO Google, Mark Zuckerberg – CEO Meta Platforms, Pierre Morad Omidyar – założyciel eBay, Edward Snowden – były pracownik NSA i whistleblower, Stephen Hawking – fizyk teoretyk, Angus Deaton – laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, a także dziesiątki znanych ekonomistów, polityków, filozofów i przedsiębiorców.
Skąd firmy miałyby wziąć na to środki? Z produktywności. Jak szacują ekonomiści z Economic Policy Institute (EPI), luka między produktywnością a płacami (ang. productivity-pay gap) zaczęła gwałtownie powiększać się w ostatnim półwieczu. Dawniej, przez 3 dekady po II wojnie światowej produktywność i płace rosły niemal w identycznym tempie. Gdy amerykańska gospodarka stawała się efektywniejsza, pracownicy bezpośrednio odczuwali to w swoich portfelach. W tym okresie średni roczny wzrost produktywności wynosił 2,5 proc., a płac – 2,1 proc.
Około 1979 roku nastąpiło załamanie tej korelacji. Produktywność nadal rosła (choć nieco wolniej – 1,4 proc. rocznie), ale płace typowych pracowników niemal stanęły w miejscu, rosnąc średnio o zaledwie 0,6 proc. rocznie. Owoce wzrostu gospodarczego przestały trafiać do szerokiej grupy pracowników. Nadwyżki z rosnącej efektywności trafiają głównie do właścicieli, inwestorów i menadżerów wysokiego szczebla.
Teraz, gdy “czwarta rewolucja przemysłowa” zaczyna zapewniać jeszcze wyższy skok produktywności, środki z tego “rozjazdu” produktywności i wynagrodzeń mogą spokojnie posłużyć do finansowania bezwarunkowego dochodu podstawowego. A zdaniem części ekonomistów nawet muszą – jeśli gospodarka ma w ogóle przetrwać, zanim produkcję przejmą autonomiczne maszyny, tworząc społeczeństwo post-scarcity, w którym wszystkie potrzeby ludzi byłyby zaspokajane. Jak dokładnie miałoby ono funkcjonować – opisuje to np. The Venus Project.
Współpraca ludzi i maszyn zamiast rywalizacji. Możliwy scenariusz?
Zupełnie inną perspektywę prezentuje Oliver Conger, dyrektor zarządzający British Rototherm. W jego fabryce czujników przemysłowych automatyzacja i AI są traktowane jako wsparcie dla załogi, a nie jej zamiennik. Conger opisuje swój zakład jako “Fabrykę Alien Dreadnought”, w której “sztuczna inteligencja i automatyzacja idą ręka w rękę z ludzkimi członkami zespołu”.
Dzięki takiemu podejściu firma odnotowała wzrost wydajności o ponad 20 proc. w ciągu ostatnich 2 lat. Zamiast zwalniać, przedsiębiorstwo stawia na przekwalifikowanie personelu. Zamiast terminologii technicznej, w firmie używa się określenia “pracownicy AI”, a nacisk kładzie się na ewolucję ról zawodowych.
Conger jest sceptyczny wobec pomysłów opodatkowania postępu już teraz. “Nie sądzę, że to dobry czas, by umieszczać to w przepisach. Jesteśmy na bardzo wczesnych etapach. Zachęcajmy ludzi do korzystania z tego” – twierdzi kierownik. Tylko że to trochę patrzenie przez różowe okulary. W jego bowiem przypadku AI potęguje produktywność ludzi, a nie wygryza ich z rynku pracy, jak zaczyna mieć to miejsce w wielu korporacjach.
Automatyzacja pracy nie musi bowiem koniecznie oznaczać zwolnień ludzi. Jeśli przykładowo agent może w 20 sekund wykonać zadanie, które wcześniej zajmowało człowiekowi 2 tygodnie, to jedna z możliwości jest taka, że nadzorujący tego agenta pracownik będzie miał więcej zadań do wykonania w tym samym czasie. Druga możliwość to skrócenie czasu pracy do 4-dniowego lub nawet 3-dniowego tygodnia. Trzecia to zwolnienie części pracowników odpowiedzialnych dotychczas za te zadania, a czwarta – to zwolnienie niemal wszystkich i przyznanie agentom AI wysokiej autonomii.
-
“Moja szefowa to AI”. Mona zarządza kawiarnią w Sztokholmie
-
AI miała odciążyć, a dołożyła im obowiązków. Dramat pracowników Amazona
Zgłoś naruszenie/Błąd
Oryginalne źródło ZOBACZ
Pozytywnie
Neutralnie
Negatywnie
Lubię to!
Super
Ekscytujący
Ciekawy
Smieszny
Smutny
Wściekły
Przerażony
Szokujący
Wzruszający
Rozczarowany
Zaskoczony
Prawda
Manipulacja
Fake news
Dodaj kanał RSS
Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS