Nastał dość niewygodny czas, w którym każdy przestał już z dumą odliczać spożyte podczas świąt pierogi z kapustą i grzybami, a nasza uwaga skupia się raczej na rozliczeniu z 2025 rokiem i przyjrzeniu ewentualnym osiągnięciom czy… porażkom. Nowy rok przybiera symboliczną formę czystej karty, a nadchodzące 365 dni obfitują w okazje do mniejszych i większych zmian w ramach noworocznych postanowień. No to standardowo: więcej ćwiczeń, mniej cukru, może jakieś nowe hobby?
Mamy problem z wytrwaniem w postanowieniach noworocznych. Klucz to prostota?
Ciekawe badanie dotyczące tego tematu przeprowadził już kilkakrotnie Forbes. Według danych za 2023 rok respondenci najbardziej skupiali się na poprawie swojego zdrowia psychicznego. Rok później, jak czytamy w artykule “New Year’s Resolutions: Nearly Half Cite Fitness As Their Top Priority”, priorytety nieco się zmieniły – nieco, ponieważ trudno odmówić ich związku – najczęściej wskazywane było zdrowie fizyczne (48 proc.). Dalej widzimy poprawę sytuacji finansowej (38 proc.), zdrowia psychicznego (36 proc.), schudnięcie (34 proc.), poprawę diety (32 proc.), przeznaczenie więcej czasu dla bliskich (25 proc.), rzucenie palenia (12 proc.), nabycie nowych umiejętności (9 proc.), przeznaczenie więcej czasu na hobby (7 proc.), poprawienie równowagi między pracą i życiem prywatnym (7 proc.), więcej podróżowania (6 proc.), regularna medytacja (5 proc.), picie mniej alkoholu (3 proc.) i osiąganie lepszych wyników w pracy (3 proc.).
Ankieta Forbesa wykazała też smutną, ale niezbyt zaskakującą prawdę: postanowienia noworoczne dość szybko odchodzą w zapomnienie albo po prostu z nich rezygnujemy. Trwa to zazwyczaj od dwóch do czterech miesięcy. Trudno się dziwić, jeśli w grę wchodzi cała lista potencjalnych zmian w naszym życiu, to w końcu nie jest tak, że wraz z nowym rokiem otrzymujemy nową osobowość i zero przyzwyczajeń. Z tego względu ewentualne “postanowienia” wprowadzam przed Sylwestrem, żeby z czystym sumieniem 1 stycznia powiedzieć “no przecież już zaczęłam”, a pod koniec miesiąca zauważam pierwsze skutki “odmienionego życia” i mogę, przynajmniej w teorii, stwierdzić, czy chcę to kontynuować. W tym roku zaczęłam jeszcze wcześniej.
Kupiłam blender (w dodatku ze zwrotu), ale mogłabym o nim pisać wiersze, bo… po prostu działa
Od jakiegoś czasu jestem już w takim wieku, że zamiast prezentów typu biżuteria itp., bardziej ekscytują mnie nowe sprzęty domowe. Niewiele zastanawialiśmy się więc nad tym, czy to dobry pomysł, gdy któregoś wieczoru padło pytanie: “No to może blender?”. Okazja na wprowadzenie w życie postanowienia noworocznego na 2026 rok pojawiła się zatem poniekąd przypadkiem. Już kilka lat temu na liście priorytetów znalazły się częstsze ćwiczenia, następnie lekkie modyfikacje w diecie, czemu więc nie pójść krok dalej?
W tym miejscu chciałabym ponownie zaznaczyć, że tekst nie jest reklamą – wybór padł na sprzęt konkretnej marki, natomiast było to poprzedzone odpowiednio długim researchem, a główne skrzypce grały tu potrzeby domowników i właśnie tym powinniśmy się kierować, wybierając produkty dla siebie. To zaowocowało takim, a nie innym zakupem (opłaconym z własnej kieszeni!), ponieważ zdawał się najlepszą opcją, biorąc pod uwagę nasze wymagania.
Wybór padł na najbardziej podstawowy model nutribullet Original 600 W. Nasz “blender osobisty” wyróżnia się tym, że ma dodatkowo dwa kubki – o pojemności 500 ml oraz 700 ml, a także dwa pierścienie ułatwiające picie, z czego jeden ma uchwyt. Ktokolwiek go projektował, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co oznacza słowo “prostota”. Nie ma tu udziwnień, jest to po prostu blender i właściwie do jego użytku potrzebujemy dosłownie trzech części – bazy z silnikiem (w naszym wypadku o mocy 600 W), wkręcanego kubka i ostrzy ekstrakcyjnych.
Od razu po wyjęciu z pudełka – swoją drogą oznaczonego słowem “zwrot”, więc od początku wiedzieliśmy, że ta przygoda może skończyć się różnie – w oczy rzucił nam się rozmiar urządzenia. Producent nie kłamał, gdy określał go jako kompaktowy. To oczywiście oznacza, że nie przygotujemy w nim raczej kilku porcji koktajlu dla całej rodziny, blender osobisty sprzyja raczej zaspokajaniu własnych potrzeb.

Przygotowanie koktajlu jest banalne. Ale są ograniczenia
Idea jest bardzo prosta. Do kubka wrzucamy interesujące nas składniki, pamiętając, by nie przekraczać linii wskazującej maksymalne napełnienie. Do tego dolewamy wybraną ciecz – w moim przypadku to zawsze woda. Co istotne, nie możemy używać gorących ani gazowanych napojów (płyny powinny być schłodzone lub mieć temperaturę pokojową, to ważne, jeśli chcemy przygotowywać zupy krem), nie zblendujemy też “składników musujących”, czyli np. sody spożywczej, proszku do pieczenia czy drożdży.

Po wrzuceniu wszystkiego do kubka, zakręcamy go elementem z ostrzami, obracamy do góry nogami i montujemy na bazie z silnikiem. Następnie wystarczy już tylko podłączyć urządzenie do prądu i docisnąć kubek do dół, ew. przekręcić, jeśli nie chcemy go przytrzymywać. I tyle. Jest to model z funkcją pracy stałej na najwyższym poziomie obrotów, więc nie musimy się przejmować niczym więcej.
Wystarczy minuta i koktajl gotowy. Serio
Do przygotowania koktajlu powinno wystarczyć niecałe 60 sekund. W instrukcji widnieje zapis, że nie zaleca się używać urządzenia dłużej niż wspomniana minuta, ale jeśli byłaby taka konieczność, sugeruje się zrobienie przerwy, by uniknąć przegrzania silnika – tak, po przeczytaniu tego przemknęło nam przez myśl, że to chyba jednak nie był dobry zakup i mieliśmy przed oczami wizję robienia koktajlu 15 minut z przerwami.

Jak czytamy na stronie producenta, silnik nutribulleta (model NB606DG) zapewnia aż 20 tysięcy obrotów na minutę, a promień mieszania ma średnicę 7,5 cm. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że ta minuta naprawdę wystarcza, by w przygotowanym napoju raczej nie było przeszkadzających, niezblendowanych elementów.
Co jesteśmy w stanie zblendować? Warzywa, owoce – wiadomo, urządzenie nie ma problemu z twardą surową marchewką czy imbirem. Nie próbowaliśmy jeszcze dorzucić do napoju orzechów ani lodu, natomiast w ofercie w jednym z popularnych sklepów widnieje informacja, że nawet te najtwardsze nie powinny sprawić trudności blenderowi (a na zdjęciu promocyjnym w kubku znajdują się migdały).
Na korzyść urządzenia przemawia także łatwość w czyszczeniu. Odkręcamy ostrza, które wystarczy opłukać wodą z detergentem, a kubki możemy myć w zmywarce na górnej półce. Prościej się nie da. Co istotne, nutribullet jest stabilny, nie jeździ po blacie, jest dość głośny, ale nie używamy go jednorazowo na tyle długo, by to przeszkadzało. Sklep sugeruje nawet zabranie go ze sobą w podróż, czego w życiu bym nie zrobiła, bo jednak trochę waży (poza tym nie po to jadę na urlop, żeby się zdrowo odżywiać), więc bez przesady.
Nie można mu odmówić prostoty w obsłudze i to właśnie głównie dzięki temu od zakupu używamy blendera niemal codziennie. Serio, to jest tak proste i wygodne, że nawet szkoda marnować czasu na szukanie wymówek, a zdrowsze odżywianie przychodzi samo.

Próbowałam sprawdzić, jakie akcesoria mogę dokupić do swojego modelu blendera, jednak odnośnik na stronie producenta nie działa, więc jeśli kiedyś będziemy się zastanawiali nad kubkiem o większej pojemności (900 ml), najpewniej będziemy się musieli skontaktować z obsługą klienta albo kupić w ciemno i oba te rozwiązania są niewygodne. Nigdzie też nie mogę znaleźć informacji o faktycznej wadze produktu. Warto jednak wspomnieć, że w przypadku konieczności wymiany któregoś elementu (jeśli np. stępią nam się ostrza albo coś stanie się z kubkiem), możemy go dokupić w każdej chwili.
Blender na nowy rok? Jasne. Ale ile to kosztuje?
Jeśli chodzi o cenę, to oczywiście dużo zależy od tego, jaki model i dodatki wybierzemy. Nie chcieliśmy wydawać zbyt wiele, bo naprawdę braliśmy pod uwagę to, że kompletnie nie będzie nam się chciało z tego korzystać (i tyle będzie z postanowień noworocznych), kupiliśmy więc opcję za 199 zł – i dobrze. W mojej ocenie to uczciwa cena za sprzęt, który zdecydowanie spełnia swoją funkcję.
To właśnie do tego sprowadza się też mój zachwyt nad tym urządzeniem. Jestem raczej leniwa, nie mam czasu ani miejsca w kuchni. Ten blender jest mały, prosty w obsłudze, ma blendować i robi to bardzo szybko i skutecznie, nie muszę niczego dostosowywać, szukać, nawet przyciskać, nic nie piszczy, nie dzwoni, nie woła, a sztuczna inteligencja nie sugeruje mi dodania kolejnych owoców, nowych przepisów czy sprawdzenia pogody. To po prostu działa, a ja muszę się martwić jedynie o to, czy mam składniki w lodówce. Jest to zdecydowanie produkt, który warto rozważyć na nowy rok. Na zdrowie!
Zgłoś naruszenie/Błąd
Oryginalne źródło ZOBACZ
Pozytywnie
Neutralnie
Negatywnie
Lubię to!
Super
Ekscytujący
Ciekawy
Smieszny
Smutny
Wściekły
Przerażony
Szokujący
Wzruszający
Rozczarowany
Zaskoczony
Prawda
Manipulacja
Fake news
Dodaj kanał RSS
Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS