To był sezon pełen emocji, zwrotów akcji i momentów, które wystawiły drużynę na próbę. Na końcu jednak wszystko ułożyło się w jedną historię – historię mistrzostwa Polski dla GKS Tychy. Jednym z liderów tej drogi był kapitan zespołu, Filip Komorski, który w rozmowie z prezydentem Tychów opowiedział o kulisach sezonu, roli lidera i tym, co naprawdę decyduje o zwycięstwie.
Miniony sezon był wyjątkowy dla tyskich hokeistów – po raz drugi z rzędu i siódmy raz w historii zdobyli mistrzostwo Polski.
– To jest coś wspaniałego, ale my nie patrzymy na to jak na jeden moment sukcesu – mówi Komorski. – To droga. Każdy mecz przybliża cię do celu. Dopiero na końcu przychodzi prawdziwa radość.
Choć finał zakończył się wysokim zwycięstwem, emocje towarzyszyły drużynie niemal do ostatnich minut.
– Nawet przy prowadzeniu nie było pełnego luzu. Dopiero, kiedy odskoczyliśmy wyraźnie, pojawiła się ulga – przyznaje kapitan.
Kryzys, który był potrzebny
Droga do mistrzostwa nie była jednak prosta. Po dobrych występach w Lidze Mistrzów, przyszedł trudny moment w lidze.
– Trenowaliśmy tak samo, przygotowania były podobne, a efekty zupełnie inne – mówi Komorski. – Człowiek zaczyna się zastanawiać: co się zmieniło?
W drużynie pojawiła się frustracja, ale też refleksja.
– Na początku jest złość, chęć znalezienia winnego. Ale potem przychodzi moment, kiedy rozumiesz, że wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni.
Zespół postawił na cierpliwość i zaufanie do procesu. Efekty przyszły w najważniejszym momencie sezonu.
Szatnia ważniejsza niż taktyka
Kapitan nie ma wątpliwości: mecze często wygrywa się poza lodem.
– Jeśli szatnia jest dobrze poukładana, to na lodzie jesteś w stanie wyciągnąć więcej z każdego zawodnika – podkreśla.
Zarządzanie drużyną to jednak nie tylko motywacja, ale też psychologia.
– Każdy jest inny. Jednego trzeba wesprzeć, drugiego czasem postawić do pionu. Najważniejsze, żeby wszyscy szli w jednym kierunku.
Komorski zwraca uwagę także na różnice mentalności:
– Polacy często są wobec siebie bardzo krytyczni. Obcokrajowcy mają więcej luzu. Trzeba znaleźć balans.
„Nie lubią mnie? To dobrze”
Na lodzie Komorski to zupełnie inna postać – bezkompromisowy, prowokujący, twardy.
– Nikt z przeciwników mnie nie lubi – śmieje się. – Ale to największy komplement. To znaczy, że robię swoją robotę dobrze.
Nie unika starć, a czasem świadomie ryzykuje karę.
– Robię bilans zysków i strat. Wolę dostać dwie minuty, ale pokazać, że pewnych rzeczy się nie robi – tłumaczy.
Tak było choćby w sytuacjach, gdy zawodnicy stawali w obronie kolegów – m.in. po faulach na Tomasie Fuciku czy Olafie Bizackim.
– To nie jest pokazówka. To naturalne. Bronimy siebie nawzajem – mówi kapitan.
Hokej to sport niezwykle fizyczny i Komorski nie ukrywa, że kosztuje to zdrowie.
– Jak wchodzę do szatni i widzę, że połowa chłopaków przykłada lód do kolan czy ramion, to jestem dumny – mówi. – To znaczy, że dali z siebie wszystko.
Jednocześnie podkreśla, że mimo ostrej rywalizacji istnieją granice.
– Rywal to nie wróg. Szanujemy się. Walczymy ostro, ale po meczu podajemy sobie ręce.
Kibice i miasto
Ogromne znaczenie mają dla drużyny kibice.
– W Tychach hokej naprawdę coś znaczy. I co ważne – kibice są z nami nie tylko wtedy, gdy wygrywamy – podkreśla kapitan.
Miasto stało się dla niego czymś więcej niż tylko miejscem pracy.
– Wszyscy myślą: Śląsk, kopalnie, smog. A potem przyjeżdżają i są zaskoczeni. Mówią: tu się świetnie żyje – opowiada.
– Śmiejemy się, że to „miasto trzech kilometrów”, bo wszędzie jest blisko.
Choć pochodzi z Warszawy, dziś czuje się w Tychach jak u siebie.
– Im częściej wracam do Warszawy, tym bardziej doceniam Tychy. Jest tu spokojniej, po prostu dobrze się tu żyje – podsumowuje.
Całą rozmowę Macieja Gramatyki z Filipem Komorskim wysłuchać można m.in. na platformie YouTube.
Zgłoś naruszenie/Błąd
Oryginalne źródło ZOBACZ
Pozytywnie
Neutralnie
Negatywnie
Lubię to!
Super
Ekscytujący
Ciekawy
Smieszny
Smutny
Wściekły
Przerażony
Szokujący
Wzruszający
Rozczarowany
Zaskoczony
Prawda
Manipulacja
Fake news
Dodaj kanał RSS
Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS