Zapach smaru unosi się w powietrzu, a ciężki rytm maszyn niesie się po rybnickim Niewiadomiu. W tym dźwięku nie ma ciszy – jest pamięć. Dawna kopalnia „Ignacy” nie jest dziś martwym zabytkiem, lecz miejscem, które wciąż pracuje, oddycha i opowiada swoją historię. Kiedyś fedrowano tu węgiel, dziś uruchamia się pamięć. Grzegorz Pawliczek i Andrzej Goławski znają to miejsce od środka – od szybu, od smaru na rękach, od zmian zaczynających się o świcie. Przetrwali transformację, zamknięcie kopalni i jej drugie narodziny. Co niedzielę ponadstuletnia parowa maszyna wyciągowa szybu „Kościuszko” znów rusza, a wraz z nią rusza opowieść o ludziach, bez których „Ignacy” byłby jedynie konstrukcją z cegły i stali. Jak to jest przeżyć dwa życia w jednym miejscu pracy?
Żywy zabytek
W piątek, 11 sierpnia 1995 roku z szybu „Kościuszko” wyjechał ostatni wagon węgla. Kopalnia „Ignacy” zakończyła wydobycie. Jeden z najstarszych zakładów górniczych na Górnym Śląsku działał nieprzerwanie przez ponad 200 lat.
– W 1995 roku było ostatnie wydobycie u nas, a ja powiem, że byłem ostatnim pracownikiem dołowym, który w 2008 roku przeszedł z tego miejsca na emeryturę – tłumaczy mi 63-letni Grzegorz Pawliczek, mieszkaniec rybnickich Zebrzydowic.
Kopalnia „Ignacy” zakończyła swój żywot formalnie w 2008 roku, ale na szczęście nie popadła w całkowity nieład. To dzięki założonemu przez Alojzego Szwachułę Stowarzyszeniu Zabytkowej Kopalni „Ignacy”. W tym samym roku ruszył punkt widokowy, w 2015 roku stolarnia i maszynownia szybu „Głowacki”, cztery lata później zakończono prace nad kompleksem szybu „Kościuszko” i budynkiem sprężarkowni. W tym czasie ruszyła także naprawa maszyny parowej szybu „Kościuszko”. Po 12 latach pan Andrzej i pan Grzegorz znaleźli się w tym samym miejscu i czasie, już w roli przewodników, edukatorów historycznych i konserwatorów parowej maszyny wyciągowej szybu „Kościuszko”, która 8 czerwca 2021 roku ruszyła ponownie.
Drogi, które się przecięły
Mężczyźni nigdy nie myśleli o pracy na kopalni. Jako młody człowiek pan Andrzej chciał zostać kierowcą lub operatorem żurawia, ale firma, w której pracował na początku lat 80., zaczęła zwalniać ludzi. – Dwa miesiące przed stanem wojennym nigdzie nie chcieli przyjmować – raczej mówili, że będą zwalniać. Skorzystałem ze znajomości. Mój brat pracował w oddziale szybowym i za jego namową się przyjąłem – mówi Andrzej Goławski.
Z punktu widzenia byłych pracowników oddział szybowy był bezpieczniejszy i nie tak ekstremalnie ciężki jak praca pod ziemią. – Pracowałem jako sygnalista, później wysłano mnie na kurs maszynisty wyciągowego. Obsługiwałem maszyny „Głowacki” i „Kościuszko” – dodaje pan Andrzej.
– Do kopalni trafiłem po szkole jako mechanik obróbki skrawaniem. Chciałem uciec od wojska – najlepszym sposobem była kopalnia. Dostałem odroczenie na rok. Przyjęli mnie. Na powierzchni pracowałem półtora roku, a w 1983 roku trafiłem do oddziału szybowego. Opuszczaliśmy cały materiał, który szedł na dół szybem „Głowacki”. „Chodziło się ku drzewie” – opuszczało się szybem „Głowacki” cały materiał potrzebny pod ziemią. Na pierwszej zmianie wydobywano urobek, na drugiej spuszczano materiały na dół. Później pracowałem przy głównym odwadnianiu na poziomie 400, gdzie pompowano wodę pitną i przemysłową. Z czasem wróciłem na warsztat i tam pracowałem niemal do końca. Maszynistą nigdy nie zostałem – nie chciałem skorzystać z kursu, trzeba było dojeżdżać, a wtedy budowałem dom – opowiada Grzegorz Pawliczek.
Strach był? – Strach trzeba było odłożyć na drugi plan – brało się to, co było wtedy na rynku pracy. Mam wcześniejszą emeryturę kopalnianą. Gdybym został kierowcą, dopiero teraz przeszedłbym na emeryturę, a tak jestem na niej już od 17 lat – mówi pan Andrzej.
Stan wojenny i odpowiedzialność
Przed końcem stanu wojennego w lipcu 1983 roku trzeba było podejmować trudne decyzje w zakładzie – wspominają górnicy. To czas zamieszek oraz rozwijającej się „Solidarności”.
– Trzeba było zadecydować, czy strajkujemy, czy nie. Był moment, gdy na godzinę przerwałem wydobycie – szyb nie fedrował. Koledzy mówili: „Jak chcesz, to idziemy, jak nie – stoimy”. Ktoś musiał podjąć decyzję i zrobiłem to ja. To był strajk ostrzegawczy. Były obawy, czy człowiek się dorobi. Żona wtedy nie pracowała, dzieci były małe. Praca była ciężka – na szybie wydobywczym to jak na taśmie produkcyjnej. Nie było przerw na śniadanie, wydobycie było najważniejsze. Praca na trzy zmiany, rozregulowany zegar biologiczny” – mówi pan Andrzej.
– Pamiętam czas strajków sprzed stanu wojennego. Miałem wtedy 19 lat i polityka kompletnie mnie nie interesowała, choć brałem w nich udział. Od razu zapisałem się do „Solidarności”. Po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku związek został zdelegalizowany, a ja później dałem sobie z tym spokój – dodaje Grzegorz Pawliczek.
Przyjaźnie na lata
Jak wygląda praca maszynisty? – To ogromna odpowiedzialność. Jest taka zasada: jak maszyna stoi, to kopalnia stoi. Trzeba mieć wiedzę techniczną i zachować bezpieczeństwo, przecież to maszyna o dużej mocy. Praca na oddziale szybowym trwała 7,5 godziny w różnych okresach czasu, ale działała na okrągło przez trzy zmiany. Jazda ludzi odbywała się regularnie – na przykład od 6:00 do 6:30 zjazd, od 13:30 do 14:00 wyjazd. Potem przez kilka godzin trwało fedrowanie – mówi Andrzej Goławski.
Teraz panowie wrócili w to samo miejsce, tylko w innej roli i bez ekipy ze swojego oddziału. Brakuje atmosfery górniczej, żartów, typowych „nocnych rozmów Polaków”?
– Przyjaźnie, które tu zbudowaliśmy, przetrwały lata. Pracowało się nam bardzo dobrze. Najlepiej wspominam Andrzeja, Gienka i Wacka. Oczywiście od czasu do czasu trafiał się jakiś „Jonasz”, ale zwykle długo tu nie wytrzymywał (śmiech). W tym oddziale trzeba było myśleć – mieć wiedzę, doświadczenie i poczucie odpowiedzialności. Pracowałem w różnych miejscach: w szybie, na wieży wyciągowej. Wszędzie odpowiedzialność była ogromna. Jeśli ktoś ją lekceważył, nie zostawał tu na długo – mówi pan Grzegorz Pawliczek.
– Jako sygnalista pamiętam, że na poziomie 400, przy nabijaniu, pracowała bardzo dobra ekipa – Henia i Franka wspominam z wielkim sentymentem – dodaje pan Andrzej.
– Szkoda, że dziś tak rzadko odwiedzają nas dawni koledzy. Ale nie ma co się dziwić, my jesteśmy teraz jednymi z najmłodszych. Wielu już odeszło – tylko w 2025 roku z oddziału szybowego zmarło dwóch kolegów, siedemdziesięciolatków – mówi pan Grzegorz.
Od kopalni do postindustrialnego zabytku
Po zakończeniu pracy zawodowej w latach 2007–2008 obaj panowie podejmowali różne zajęcia – od pracy na budowach w Niemczech, przez huty, aż po montaż klimatyzacji na stadionie Wisły Kraków w 2010 roku. Na tym etapie kluczową postacią w zachowaniu kopalni był Alojzy Szwachuła, założyciel Stowarzyszenia Zabytkowej Kopalni „Ignacy”.
– To jego zasługa, że kopalnia przetrwała. Był kierownikiem działu szybowego i walczył o każdy element. Podczas pandemii w 2020 roku zadzwonił do nas i zapytał, czy pomożemy uruchomić to miejsce. Zaczęliśmy rok później – mówi Andrzej Goławski.
Dopiero wtedy panowie Andrzej Goławski i Grzegorz Pawliczek się poznali. – Pracowaliśmy na jednym oddziale, choć nigdy bezpośrednio razem w tym samym miejscu. Mieliśmy różne stanowiska. W całej kopalni, razem z powierzchnią, było zatrudnionych około 1500 pracowników. Ja pracowałem jako warsztatowiec, więc gdy coś się działo, przyjeżdżałem na miejsce, żeby wykonać naprawę – wyjaśnia pan Grzegorz Pawliczek.
Jak czują się dziś w roli przewodników i edukatorów? – Na początku było ciężko – nigdy nie pracowałem głosem. Nie mam smykałki do mówienia, nawet teraz bywa trudno (śmiech). Ale z czasem człowiek się przyzwyczaja – mówi pan Grzegorz. – Z każdym rokiem jest łatwiej. Zaspokajamy ciekawość ludzi, opowiadamy historię kopalni – dodaje pan Andrzej.
Czy zdarzają się specyficzne pytania od odwiedzających? – Oczywiście. Ktoś zapytał, czy jak naleje się herbaty do smarownicy, to maszyna pojedzie (śmiech). Ale bywają też bardzo fachowe pytania – mówi pan Grzegorz. – Zdarza się, że przyjdzie ktoś po studiach i zapyta o stopy żelaza albo o materiał wykonania danych maszyn, czasami nie wiemy wszystkiego – zauważa pan Andrzej.
– Problemem jest czasami język angielski – bywa u nas dużo turystów zza granicy, to wtedy koleżanki z innych działów pomagają. Człowiek przecież uczył się w tamtych czasach głównie rosyjskiego – zauważa Grzegorz Pawliczek.
Pytam moich rozmówców, kiedy odstawią kaski, robocze ubrania i narzędzia i faktycznie przejdą na emeryturę?
– Nie chciałbym zbyt szybko usiąść na kanapie i całymi dniami oglądać telewizji. Chciałbym jeszcze w wiele rzeczy się zaangażować i pozostać aktywnym – mówi pan Andrzej.
– Pracować, pracować i jeszcze raz pracować – oczywiście na miarę swoich możliwości. Taki mam charakter i tego będę się trzymał do końca. Siły trochę słabną, niedawno przeszedłem poważną operację kardiochirurgiczną, założono mi bajpasy, ale muszę coś robić. Ta praca jest bardzo przyjemna, odpowiedzialna, a jednocześnie nie jest ciężka – twierdzi pan Grzegorz.
– Myślę podobnie. Gdy potrzeba większej siły fizycznej, zawsze są gospodarze, którzy pomagają – młodsi i silniejsi. Choć paradoksalnie to oni częściej przynoszą nam coś do naprawy (śmiech). Ostatnio były kosiarki – pomagamy je naprawić, pospawać i nie tylko – mówi Andrzej Goławski na zakończenie naszej rozmowy.
Mateusz Macierakowski – reporter, socjolog, twórca internetowy
Zgłoś naruszenie/Błąd
Oryginalne źródło ZOBACZ
Pozytywnie
Neutralnie
Negatywnie
Lubię to!
Super
Ekscytujący
Ciekawy
Smieszny
Smutny
Wściekły
Przerażony
Szokujący
Wzruszający
Rozczarowany
Zaskoczony
Prawda
Manipulacja
Fake news
Dodaj kanał RSS
Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS