A A+ A++

Jakub Palowski: Za kilka dni władzę w Stanach Zjednoczonych obejmie nowa administracja, kierowana przez Joe Bidena. USA są najważniejszym sojusznikiem Polski w zakresie obrony i bezpieczeństwa, w Polsce rozmieszczone są amerykańskie wojska. Powstaje więc pytanie: czy nowa administracja będzie chciała kontynuować bliską współpracę z Polską?

Michał Baranowski: Musimy uwzględnić kilka elementów. Zacznijmy od wymiaru politycznego. Możemy powiedzieć tutaj dość dużo, bo istnieje pewien konsensus wśród analityków w Warszawie i Waszyngtonie co do przyszłego postępowania amerykańskiej administracji.

Z jednej strony wydaje się, że temperatura polsko-amerykańskich stosunków nieco się obniży. Raczej nie powinniśmy oczekiwać tak częstego i demonstracyjnego okazywania przyjaźni, na przykład pomiędzy prezydentem Andrzejem Dudą i Joe Bidenem, czy poszczególnymi ministrami. Może okazać się, że będzie mniej okazji do wspólnych zdjęć.

Z drugiej jednak strony praktyczna współpraca, zwłaszcza w strategicznym dla Polski wymiarze obronnym, będzie z pewnością kontynuowana. Mam tu na myśli także honorowanie przez Amerykanów umowy o rozszerzonej współpracy wojskowej – Enhanced Defence Cooperation Agreement (EDCA), a więc między innymi utrzymywanie zwiększonej obecności wojskowej na terenie naszego kraju. Polska jest bardzo ważnym sojusznikiem w ramach NATO, a jej położenie geograficzne jest kluczowe z punktu widzenia zdolności obronnych całego Sojuszu Północnoatlantyckiego. Dlatego spodziewam się realizacji współpracy obronnej na niezmienionym poziomie, włącznie z wdrożeniem podpisanej niedawno umowy EDCA. Mówiąc krótko: sojusz obronny pozostanie i będzie silny, aczkolwiek pewnie będzie mniej „demonstracji przyjaźni”.

A jak Demokraci postrzegają niebezpieczeństwo ze strony Rosji, dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej?

Nie spodziewam się, by percepcja zagrożenia dla krajów wschodniej flanki NATO uległa znaczącym zmianom. Wewnątrz Partii Demokratycznej i przygotowywanej administracji Bidena toczy się pewna debata dotycząca kształtowania polityki wobec Rosji. Dla wszystkich jej uczestników, także dla największych „gołębi”, a nie tylko „jastrzębi” pozostaje jasne, że elementem polityki wobec Moskwy musi być kwestia odstraszania, uwzględniająca obecność wojsk Stanów Zjednoczonych na wschodniej flance NATO.

Utrzymywanie skutecznego systemu odstraszania wymaga jednak adekwatnego finansowania. Stany Zjednoczone są w kryzysie wewnętrznym – ekonomicznym, politycznym, zdrowotnym. Czy nowa administracja mimo tego zdecyduje się na przeznaczenie odpowiednich funduszy dla sił zbrojnych?

Tutaj jest wiele znaków zapytania, począwszy od samej wielkości budżetu obronnego Stanów Zjednoczonych w przyszłości, aż po utrzymanie równowagi pomiędzy priorytetami związanymi z teatrem europejskim oraz z odstraszaniem Chin, które są obecnie postrzegane w Stanach Zjednoczonych jako największe zagrożenie.

Musimy pamiętać, że podstawowym priorytetem administracji Joe Bidena, w szczególności w pierwszych miesiącach sprawowania władzy, będzie polityka wewnętrzna, odbudowa gospodarki po pandemii koronawirusa i zwalczanie samej pandemii. Prezydent-elekt już zapowiedział wprowadzenie pakietu stymulacyjnego o wartości biliona, czyli tysiąca miliardów dolarów. To wszystko będzie powodowało wzrost deficytu budżetowego i zapewne będzie prowadzić do poszukiwania oszczędności w innych obszarach.

Wiemy jednocześnie, że Pentagon dysponuje dużym „kawałkiem budżetowego tortu”, stąd zapewne jego finanse znajdą się pod presją. Spodziewam się, że administracja Bidena będzie redukowała nakłady na obronę. Podobne zapowiedzi można było słyszeć od przedstawicieli Demokratów zajmujących się polityką obronną, zarówno w Kongresie, jak i od osób powiązanych z przyszłą administracją. Natomiast otwarte jest pytanie, jak głębokie będą redukcje i w jaki sposób będą realizowane. Możemy spodziewać się, że Biden będzie chciał przeforsować najważniejsze projekty w ciągu dwóch pierwszych lat sprawowania władzy, bo za dwa lata Demokraci mogą stracić większość w Izbie Reprezentantów. Do tego czasu będą chcieli utrzymać i wzmocnić poparcie wyborców, skupionych często na sprawach wewnętrznych, a nie międzynarodowych.

Jeżeli administracja jako podstawowe źródło zagrożenia uzna Chiny, można spodziewać się położenia większego nacisku na zdolności w domenie morskiej, kosztem potrzebnych w Europie sił lądowych, zwłaszcza w sytuacji gdy budżet Pentagonu jako całość będzie podlegał cięciom.

Z pewnością Departament Obrony znajdzie się pod dużą presją finansową, a jako główny priorytet zostanie uznane przeciwdziałanie zagrożeniom ze strony ChRL. Takie jest postrzeganie przyszłej administracji, tak było zresztą również w czasach Donalda Trumpa.

Oczywiście nie oznacza to, że Demokraci nie dostrzegają czy nie doceniają niebezpieczeństwa ze strony Rosji, w dużej mierze jest ono powiązywane z zagrożeniem ze strony Chin, stawianym na pierwszym miejscu. Zarówno wyznaczony na sekretarza obrony generał Lloyd Austin, jak i jego przyszła zastępczyni Kathleen Hicks wielokrotnie mówili o rosyjskim zagrożeniu. Widzianym jednak nie tylko przez pryzmat zdolności konwencjonalnych czy w ogóle w wymiarze militarnym, ale też w innych obszarach – dezinformacji, cyberataków.

Można spodziewać się, że administracja demokratyczna w pewnych obszarach, niekoniecznie związanych z czysto wojskowym wymiarem bezpieczeństwa, będzie nawet bardziej energicznie zwalczać agresywne działania Moskwy. To pewna szansa, również dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej, bo efekty „podprogowych” operacji Rosji widoczne są wszędzie – tak w Stanach Zjednoczonych, jak i we wszystkich krajach europejskich.

Z punktu widzenia Polski, jak i innych krajów wschodniej flanki najważniejsze jest jednak zagrożenie militarne. Podkreślają to chociażby kraje bałtyckie, które same rozwijają własne zdolności niekonwencjonalne, czy służące do zwalczania dezinformacji, a jednocześnie apelują o zaangażowanie wojskowe Stanów Zjednoczonych.

Administracja Bidena będzie zapewne apelować do sojuszników europejskich, aby wzięli większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. O większe zaangażowanie Europejczyków apelował też Donald Trump. Oczywiście nowa administracja będzie dokonywać tych starań w inny sposób niż ustępujący prezydent, zgodnie z klasycznymi zasadami dyplomacji.

Nie wiadomo oczywiście, w jakim stopniu Bidenowi uda się skłonić sojuszników do większego wkładu w system bezpieczeństwa militarnego. Wiemy, że kolejne administracje amerykańskie apelowały o Europejczyków o większy wkład w system obrony NATO, ale z różnych względów te starania nie kończyły się powodzeniem. Biden jest zwolennikiem więzów transatlantyckich, ale większy udział krajów europejskich w obronie to konieczność, biorąc pod uwagę zagrożenie ze strony Chin i sytuację w USA.

Musimy też pamiętać, że nawet w wypadku podjęcia określonych redukcji wydatków obronnych, Stany Zjednoczone nadal będą dysponować silnymi zdolnościami stanowiącymi ważny wkład w sojuszniczy system obrony. Będą też utrzymywać wzmocnioną obecność na wschodniej flance w związku z zagrożeniem ze strony Rosji, nowa administracja będzie przecież przywiązywać silną wagę do zaangażowania w NATO. Jest wiele znaków zapytania, ale w celu zachowania i zwiększenia skuteczności transatlantyckiego systemu obrony europejscy sojusznicy powinni wziąć większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo.

Dziękuję za rozmowę.

Oryginalne źródło: ZOBACZ
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na twitter
Udostępnij na WhatsApp

Oryginalne źródło ZOBACZ

Subskrybuj
Powiadom o

Dodaj kanał RSS

Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS

Dodaj kanał RSS
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze
Poprzedni artykułFala oszustw na szczepionkach. Akcja przybiera na sile
Następny artykułI liga M: Hit kolejki w Bydgoszczy