Liczba wyświetleń: 73
Cała uważająca się za prawicową część internetu zaczęła huczeć. Donald Tusk pojechał do stolicy Angoli, do Luandy, na szczyt Unii Afrykańskiej. Wszyscy się zaczęli zastanawiać, a po co tam jedzie? W dodatku zaczynali komentować także jego strój. W przeciwieństwie do swoich czarnoskórych kompanów nie raczył nawet ubrać marynarki. W koszuli, dżinsowych spodniach i brudnych butach pojechał na międzynarodowy szczyt, ignorując dyplomatyczny dress cod. Przecież tak nie idzie się nawet na piwo do kumpla!
Do tego zajmowano się celowością wyjazdu do Afryki. Widać, że ludzie mają pamięć bardzo krótką. Jeszcze w 2008 roku, mniej więcej wtedy, kiedy byłem po maturach pisemnych, odbyła się wyprawa Tuska do Peru. Śmiano się wówczas z tych andyjskich wczasów. Sam premier doczekał się miana Tuskpaka Amaru, jakie jeszcze dobre kilka lat funkcjonowało w obiegu.
Oczywiście wyśmiewana jest w ogóle zasadność udawania się na taki szczyt. O czym mamy rozmawiać z krajami afrykańskimi? Przecież w Gabonie rząd upadł, bo gałąź się złamała – takie panuje myślenie. Wiadomo, że Tusk się nie zmieni, pojechał tam dla egzotycznych widoczków i żeby bumelować. Czyni tak od ładnych kilkudziesięciu lat w polityce. Jednakże śmianie się z rozmów z krajami afrykańskimi moim zdaniem stanowi olbrzymi błąd. I wyjazd na szczyt Unii Afrykańskiej do Angoli nie jest aż taką głupotą, jaką mógłby się wydawać.
Przede wszystkim z kontaktów z krajami afrykańskimi moglibyśmy odnieść olbrzymie korzyści gospodarcze. Nasze koncerny wydobywcze jak Orlen i KGHM mogłyby poszukiwać i eksploatować złoża ropy, gazu, węgla i metali, włączając w to jakże istotne metale ziem rzadkich. Ruszyć zadek mógłby także Krauze ze swoim mitycznym Petrolinvest. Może jak mu w Kazachstanie nie wyszła eksploatacja złóż ropy, to na Czarnym Lądzie by się udało. Tak samo firma Synthos, kierowana przez Sołowowa. Przecież w Afryce jest cała tabela Mendelejewa. Na dużych rzekach typu Kongo czy Niger istnieje potrzeba organizacji żeglugi, mogą pływać po nich także jednostki morskie. Trzeba zatem ruszyć Polską Żeglugę Morską, a także armatorów prywatnych. Część krajów jest nadmorskich, zatem polscy armatorzy – zarówno prywatni, jak i państwowi – mogliby organizować flotę. Do tego jest jeszcze potrzeba budowy elektrowni, sieci przesyłowych, dróg, wodociągów, nierzadko infrastruktury zupełnie podstawowej. Jeszcze trzeba pamiętać o spaślakach z Lasów Państwowych. Też mogliby sobie kupić trochę lasu równikowego w Afryce i go wszechstronnie eksploatować. Produktów leśnych – i to nie tylko drewna – byłoby bez liku. Na rynek afrykański mogłyby wejść także inne przedsiębiorstwa, a także sektor MSP (małych i średnich przedsiębiorstw). Przecież w sporej liczbie tych krajów nadal mówi się po angielsku czy po francusku; nawet Angola czy Mozambik zapisały się do Commonwealthu, mimo bycia dawniej portugalskimi koloniami. Stąd znajomość europejskich języków w zupełności wystarczy.
Tylko do tego trzeba podchodzić z głową. Generalnie kraje afrykańskie średnio chcą widzieć obecność dawnych mocarstw kolonialnych u siebie, podobnie też jest z Amerykanami. Zatem takie kraje jak nasz stają się dla nich partnerem naturalnym. W dodatku my mamy im coś do zaoferowania. Zamiast płaszczyć się przed Zachodem, jaki generalnie chce od nas ziemi i kobiet, to może lepiej wyjść z czymś do Afrykanów? Dlaczego nie potrafimy skończyć z kompleksami i spojrzeć szerzej? Przecież inaczej te nisze zostaną zajęte doszczętnie i dokumentnie przez Rosjan i Chińczyków. Ci piersi już wyrzucają Francję z Sahelu, a drudzy od dawna zajmują się projektami infrastrukturalnymi w różnych państwach afrykańskich.
Stąd zjazd Unii Afrykańskiej nie jest pomysłem aż tak głupim, jak mógłby się wydawać. Tylko że nie w wydaniu folksdojcza takiego jak Tusk. Zamiast miliardowych zysków – włączając w to tłuste dywidendy spółek Skarbu Państwa – nie osiągniemy nic.
Kolejne korzyści, jakie można osiągać, dotyczą działań naukowych. Oczywiście, były sobie wielkie tuzy polskiej nauki jak Żylicz i Konarzewski, co kiedyś domagały się odrębnego ministerialnego stolca. A teraz jakoś im nic nie przychodzi do głowy, co można w tej Afryce robić. A okazuje się, że mnóstwo rzeczy. Na pustyniach przecież można stawiać obserwatoria astronomiczne czy detektory cząstek, no i już fizycy, astrofizycy i astronomowie mają zajęcie. Wiele obszarów nie zostało jeszcze zinwentaryzowanych geologicznie. Z pewnością w tym zakresie mogłoby powstać wiele ciekawych prac. Sama biologia daje wielkie pole do popisu, jeżeli chodzi o ilość nowych gatunków roślin i zwierząt, jakie można wykryć. Trzeba pamiętać, że część tych nowych gatunków ma potencjalne znaczenie z punktu widzenia przemysłu farmaceutycznego. Mamy jeszcze nauki medyczne i badanie wielu chorób, włączając w to malarię i śpiączkę afrykańską. Wreszcie przydałby się do czegoś Instytut Medycyny Tropikalnej i Śródziemnomorskiej, stanowiący w obecnej postaci anachronizm sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy osoby z nietypowymi chorobami zakaźnymi czy pasożytniczymi mogły trafić tylko do dużych miast portowych. Nawet nasza antropologia fizyczna mogłaby się ruszyć, poniekąd czarna Afryka ma najbardziej zróżnicowane genetycznie populacje ludzkie. Idąc dalej – nauki, takie jak historia, archeologia czy etnologia, to kolejne wielkie pole do popisu. A w Afryce wbrew pozorom jest co robić? To nie jest tak, że mieszkańcy Czarnego Lądu dopiero zeszli z drzewa. Ktoś w Ghanie do 1900 roku i w Beninie do 1906 roku stawiał opór kolejno Brytyjczykom i Francuzom, na pewno nie byli to totalnie prymitywni ludzie. Tak samo ktoś wybudował Wielkie Zimbabwe; czy łączyć je z legendarnym Ofirem, czy Puntem, to jest kwestia otwarta.
Zatem wszędzie byłoby co robić. Dodatkowo obiekty uniwersyteckie mogłyby sobie w Afryce pobudować bazy badawcze. Taki był swego czasu pomysł na Óniwersytecie Jełopów, aby wybudować stację w Wietnamie co prawda. Generalnie strona wietnamska była jak najbardziej za, tylko jak to bywało na Óniwersytecie Jełopów… sam Óniwersytet Jełopów, mimo heroicznego wysiłku dwóch panów profesorów (chapeaus bas dla Dzika i Chrósta), postanowił się rozmyślić. Stąd, żeby rozmawiać z państwami afrykańskimi o potencjalnej współpracy naukowej, warto byłoby, żeby ministerstwo czy departament od spraw nauki zwołało konferencję rektorów, kto chce tam mieć bazy i gdzie są ich preferowane lokalizacje.
Ale oczywiście. Koniec końców są śmichy-chichy z wyprawy Tuska do Angoli. Nikt nie pomyślał, ile można by skorzystać na współpracy gospodarczej, a ile można by wynieść także ze współpracy naukowej. Po prostu to nie istnieje w rachubach myślenia. Po prostu zachowujemy się tak, jakbyśmy byli kompletnie odmóżdżeni. Jeszcze raz to na koniec powtórzę. Po co nam nadskakiwać krajom Zachodu, jakim nic poza ziemią i kobietami nie mamy do zaoferowania? Trzeba współpracować z państwami, jakim mamy coś do zaoferowania. Czy się nam to podoba, czy nie, należy tutaj Afryka. C’est la vie.
Autorstwo: Erno
Źródło: WolneMedia.net
Poznaj plan rządu!
OD ADMINISTRATORA PORTALU
?xml>
Zgłoś naruszenie/Błąd
Oryginalne źródło ZOBACZ

Pozytywnie
Neutralnie
Negatywnie
Lubię to!
Super
Ekscytujący
Ciekawy
Smieszny
Smutny
Wściekły
Przerażony
Szokujący
Wzruszający
Rozczarowany
Zaskoczony
Prawda
Manipulacja
Fake news

Dodaj kanał RSS
Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS